PO CZTERDZIESTE SIÓDME – czyli o tym, jak podróżować z dzieckiem. Rozmowa z pewną podróżującą Mamą..

Czy tak jak my, jesteście już po urlopach? A może planujecie? Pewnie większość z Was zaplanowane dni wolne ma dopiero przed sobą.. Jedziecie sami, z przyjaciółmi, z rodziną, z dziećmi? No właśnie.. z dziećmi. Często słyszę, że kiedy pojawia się na świecie takie małe Cudo, to wszystko się zmienia. Przychodzą obowiązki, nowe role i strach. Strach przed podróżą poza polskie morze i wakacjami u jednych albo u drugich dziadków. Ale chwila.. czy tak musi być?? Nie wiem, jak bardzo się zmienię, jak bardzo mój światopogląd się zmieni, ale kiedyś, gdy już będę matką, gdy zostaniemy rodzicami, to chcemy tak, jak Oni – Marta i Paweł, nasi przyjaciele.

Poznajcie więc Martę, żeńską część naszego wyjazdowego składu i przede wszystkim mamę Leona. Najpierw była zszokowana Indiami, rok później, gdy była w piątym miesiącu ciąży, przejechała z nami na motorze cały Wietnam. Z półrocznym Leonem zwiedzała uroki północnej Chorwacji, a teraz, z niespełna dwulatkiem spędziła miesiąc w Tajlandii.

DSC05723

Jeśli się więc zastanawiacie, czy jechać z dzieckiem/ dziećmi w podróż do innego kraju, na inny kontynent, zapraszam. Materiał idealny dla Was! 🙂

Nitki w drodze: Byłaś w piątym miesiącu ciąży, gdy wybraliście się w miesięczną podróż do Wietnamu i to jeszcze motorem. W tym roku była Tajlandia, już z dzieckiem. Jak to jest więc podróżować z takim maleństwem?

Marta: Na pewno nie jest tak łatwo, jak bez dziecka. Trzeba się troszeczkę bardziej przygotować na samą podróż – zarezerwować pierwsze noclegi, bo jednak gdy jeździliśmy sami było bardzo spontanicznie, byliśmy bardzo niezorganizowani, a teraz trochę tej organizacji potrzeba. Sami nie wiedzieliśmy jak to będzie, bo pierwszy raz wybraliśmy się w taką długą podróż we trójkę. To był pierwszy lot Leona i właściwie nie wiedzieliśmy, jak on zareaguje. Jesteśmy z niego bardzo dumni, bo przetrwał to naprawdę super, nie był w żaden sposób marudny i nie było to kłopotliwe. Biorąc pod uwagę fakt, że dziecko jest z nami, nie możemy planować tak dużo. Trzeba się zastanowić, ile miejsc chce się odwiedzić i postanowić, aby troszeczkę dłużej pozostać w jednym miejscu, bo wiadomo – przemieszczanie się to jest to, co najbardziej dziecko męczy. Mimo to, podróżowanie z dzieckiem jest naprawdę przyjemne, uczy zupełnie innego postrzegania świata.

Nitki w drodze: Czego Was nauczyła ta podróż?

Marta: Przede wszystkim cierpliwości, ale też tego, że będąc  dorosłymi, jesteśmy czasami uprzedzeni do pewnych rzeczy, a dziecko bierze świat takim, jakim jest, co było widać np. w sytuacji, jak Leon jadł robaki w Bangkoku. Sami nigdy byśmy się na to nie zdecydowali, a dla Leona nie było to nawet obrzydliwe. Po prostu był przekonany, że je frytki i podchodził do tego bardzo swobodnie. Podróżowanie z dzieckiem uczy także tego, że cieszą małe rzeczy. Nie jest ważne, by zobaczyć jak najwięcej zabytków w danym kraju, ale ważne jest, by czerpać z tego czasu spędzonego wspólnie każdą chwilę. Chwile spędzone na plaży, zbieranie muszelek, budowanie zamków z piasku. To jest wielka frajda!

DSC06904

Nitki w drodze: Powiedziałaś, że Leon jadł robaki. Mnie to nie dziwi, bo widziałam, jak mu smakowały, ale Czytelników pewnie tak 🙂 Nie miałaś obaw przed zmianą jedzenia, nawyków żywieniowych Leona?

Marta: Obawy były wielkie, bo Leon jest dzieckiem, które je stosunkowo mało, ale z drugiej strony je praktycznie wszystko. Obawialiśmy się sytuacji, gdy zje coś nieświeżego. Staraliśmy się więc zachować podstawową higienę przed posiłkami, czyli dezynfekcję rąk i sami ocenialiśmy, czy coś jest świeże, czy też nie. Poza tym, podczas tegorocznej podróży do Tajlandii, Leon był jeszcze dzieckiem karmionym piersią. Przed wyjazdem podjęliśmy jednak decyzję, że nie będziemy go odzwyczajać, ponieważ  z doświadczenia wiemy, że w momencie, kiedy pojawiły się u niego problemy żołądkowe, to mleko matki było jedynym pokarmem, które chciał przyjąć. W Tajlandii, o dziwo, Leoś zaczął jeść więcej i miał większy apetyt. Staraliśmy się uważać na to, co jadł,  by nie było bardzo ostre. Mimo to, próbował praktycznie wszystkiego. Na szczęście nic mu nie zaszkodziło i wydawał się szczęśliwym, najedzonym dzieckiem.

Nitki w drodze: A co z innymi obawami? Odnośnie bezpieczeństwa w podróży? Przemieszczania się?

Marta: Główną obawą był lot samolotem. Wiele razy podróżowaliśmy z dzieckiem samochodem i wiedzieliśmy, że potrafi zająć się sobą przez 2 godziny, ale później trzeba go zabawiać. Na szczęście byliśmy większą grupą, więc to obciążenie spadało na więcej osób 🙂 Inne obawy, to inny klimat, pytania, czy zęby nie będą mu wychodziły, czy nie dostanie gorączki, czyli te związane ze zdrowiem. Musieliśmy się więc przygotować w większym zakresie „lekowym”. Jeśli chodzi o dodatkowe szczepienia, to po konsultacji z lekarzem, zdecydowaliśmy, że zaszczepimy go tylko przeciw WZW A, bo pozostałe szczepienia dostawał wg kalendarza szczepień i to było na tę chwilę wystarczające. Obaw przed malarią raczej nie mieliśmy, bowiem Tajlandia, mimo że jest krajem egzotycznym, to nie jest krajem mocno niebezpiecznym. Trzeba było zachować pewne środki ostrożności. Dziecko musiało być posmarowane środkiem przeciw komarom, moskitiera także była wskazana.

Nitki w drodze: Czy braliście dodatkowy bagaż dla dziecka? Słoiczki z jedzeniem, pampersy?

Marta: Leon nie je jedzenia ze słoiczków, więc zdani byliśmy na tajskie jedzenie. Pampersy owszem, mieliśmy ze sobą, podobnie jak chusteczki nawilżające. W Tajlandii pieluchy są drogie. Co prawda w sieci 7-eleven można je dostać, ale to nie są pampersy, więc jeżeli dziecko może alergicznie reagować na inne pieluchy, to warto zabrać ze sobą te odpowiednie. Zabrałam też więcej ubrań, żeby ich nie prać, do tego kilka niewielkich zabawek.

Nitki w drodze: Inne gadżety polecane w podróży?

Marta: Zdecydowanie iPad! W samolocie i pociągu niezastąpiony. Ponadto, różnego rodzaju książeczki i postaci z Lego. Sprawdził się też wózek, który typowym wózkiem nie jest, bo z takim dawno się już rozstaliśmy. Linie lotnicze dopuszczają zabrać ze sobą wózek dla dziecka, dlatego wybraliśmy jakąś alternatywę.  Na początku chcieliśmy zabrać chustę lub nosidełko, bo do tego Leon był przyzwyczajony, ale noszenie dziecka na dłuższą metę nie byłoby dobrym pomysłem. Znaleźliśmy bardzo fajny wózek – Ulfbo. Dosyć ciężki, ale pakowny i bardzo przydatny, bo zamiast Leona często woziliśmy na nim nasze bagaże, albo i siebie nawzajem:)

DSC06146

DSC06714

Nitki w drodze: Jak z Waszym czasem w podróży? Wcześniej w dwie osoby, teraz całą rodziną? Czym się różni takie podróżowanie we dwoje od podróżowania z dzieckiem?

Marta: Tak, jak powiedziałam na początku, potrzebna nam była teraz większa organizacja. Musieliśmy też z niektórych rzeczy zrezygnować, np. z całodniowego snorkellingu, czy też trekkingu po dżungli, a przestawić się na dłuższy odpoczynek i relaks np. na plaży, bo tam Leon był w swoim żywiole. Jeśli chcieliśmy mieć trochę czasu tylko dla siebie, to mieliśmy Was i przede wszystkim Babcię i Dziadka, którzy z przyjemnością opiekowali się wnukiem.

DSC07324

Nitki w drodze: To jeszcze ostatnie pytanie. Należy się bać dalekich podróży z dzieckiem? Lotów? Innych krajów? Czy może wręcz odwrotnie?

Marta: Na pewno nie należy się bać. Trzeba spróbować. Każde dziecko jest inne, inaczej będzie się zachowywało, inaczej zareaguje na nowy kraj i otoczenie. Nasze pierwsze doświadczenie jest pozytywne, więc śmiało będziemy namawiać do takiej formy podróżowania.

Nitki w drodze: W takim razie życzymy Wam więcej wojaży, a wszystkim Czytelnikom takiej odwagi, jaką Wy macie 🙂

 

Reklamy

PO TRZYDZIESTE SZÓSTE – Thai boxing!

Oglądacie czasami sporty walki? Nam się zdarza. Jak jest weekend, gala KSW i jesteśmy w rodzinnych stronach mojego męża, obowiązkowo spotykamy się ze znajomymi i trzymamy kciuki za naszych faworytów.

O tajskim boksie czytaliśmy, oglądaliśmy zdjęcia i filmy. Może nie było to coś obowiązkowego, co koniecznie chcieliśmy zobaczyć i w czym uczestniczyć, ale w Chiang Mai daliśmy się skusić. Udaliśmy się w stronę nocnego bazaru i voila!

Informacje praktyczne:
– bilety wstępu na Thai Boxing – 400 bath (trybuny), 600 bath (krzesełka pod ringiem).

DSC07133

DSC07082

DSC07165

DSC07164

DSC07138

DSC07141

DSC07099

DSC07116

DSC07124

DSC07125

DSC07126

DSC07127

PO TRZYDZIESTE CZWARTE – aktywnie po wyspie

Jadąc na Koh Chang myśleliśmy, że jedyne co nas czeka to lenistwo na plaży. Generalnie wolimy bardziej aktywny wypoczynek, ale wizja leniuchowania po mega intensywnej pracy  przed ulopem była w tym momencie jedyną rzeczą o jakiej marzyliśmy. Tydzień spędzony na wyspie okazał się na szczęście nie tylko plażą i wodą. Ta trzydziestokilometrowa wyspa miała więcej do zaoferowania niż niejednokrotnie znany i reklamowany region. Kolejny dzień to kolejne odkrycie. Tym razem to wodospad Khlong Phlu. Łatwo dostępny z zachodniego wybrzeża, tego bardziej „turystycznego” był więc też bardziej oblegany. Gdzie dokładnie jest możecie podejrzeć na mapce klikając tutaj.

Od głównej drogi idziemy spacerkiem 2 km. Po lewej stronie słonie. Po prawej farma węży i krokodyli, do której Tajowie zachęcają nas krzycząc coś po rosyjsku (chyba mówiłam Wam, że 95 % tutejszych turystów, to właśnie Rosjanie?). Show z udziałem tych zwierzaków odbywa sie tu dwa razy dziennie. My ograniczamy się jedynie do oglądania ich zza siatki i idziemy dalej. Dochodzimy do głównej bramy, kupujemy bilety i idziemy jeszcze 500 m do wodospadu.

image

Co prawda o tej porze roku, w porze suchej Khlong Phlu może nie jest tak okazały jak pewnie podczas monsunu, ale i tak, taki widok to jest właśnie to, na co czekamy i czego oczekujemy od naszych podróży..

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

PO SZESNASTE – Tym razem południe

Tym razem przemieszczamy się na południe wyspy. Z Arugam Bay jedziemy ponad 7 godzin w ogromnym ścisku, z kilkoma przesiadkami po drodze, w autobusach co jakiś czas zatrzymujących się z nieznanych nam przyczyn. Na koniec zostawiamy podróż pociągiem. Z racji, iż na zachodzie i południu o tej porze roku jest monsun, na zwiedzanie tych miejsc zostawiliśmy nasze ostatnie 2 dni na cejlońskiej ziemi.

Jako przystanek wybieramy Unawatune – blisko do Galle i wciąż przy wybrzeżu. Jeśli mamy być obiektywni Unawatuna jest zdecydowanie przereklamowana! Droga jak na podróż niskobudżetową, a przy tym zapewniajaca brak intymności turystom. Hotel przy hotelu, restauracja przy restauracji, wszędobylscy handlarze masek, lampek, świeczek, itp. Plaża w Unawatunie wąska, a plażowe restauracje to jedynie te, które oferują drogie (mimo że to nie był sezon!) i nie zawsze lokalne jedzenie.

Z Unawatuny do Galle dzielą nas zaledwie 2-3 km. Wystarczy wyjść do głównej drogi, złapać jakikolwiek autobus, wysiąść na dworcu głównym i już znajdujemy się tuż przy holenderskim forcie z XVII wieku, także wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Wchodząc na teren fortu naprawdę można poczuć się, jakbyśmy byli w jednym z zachodnioeuropejskich miasteczek. Cicho, schudnie.. zupełnie inaczej niż w pozostałej części miasta. Mijamy kościoły, meczet, szkołę muzułmańską, wokół której biegają ubrane na biało dzieci, latarnię morską, a w końcu maleńkie domki przyozdobione kwiatami. Chodzimy wąskimi uliczkami zaglądając Lankijczykom do ich domostw. Spotykamy warany – egzotyczne jaszczurki, o których przeczytać można w każdym przewodniku i dzieci grające w krykieta – sport narodowy Sri Lanki. Kilka godzin włóczymy się po mieście zaglądając w uliczne zakamarki, robiąc ostatnie zakupy przed powrotem i zajadając się uwielbianymi przez nas ananasami i arbuzami.

DSC02655Szukając odpowiedniego pociągu..

Informacje praktyczne:

– jadąc do Unawatuny złapaliśmy w Arugam Bay tuk-tuka do Pottuvil (150 Rs/os.), następnie autobus do Matary (308 Rs/os.) i pociąg do Unawatuny (kierunek Galle; 35Rs/os.), czyli koszt ok. 25 zł za dwie osoby;

– zatrzymując się w Unawatunie zaopatrzcie się w buty podobne do tych, które kupujecie wyjeżdżając do Chorwacji – rafa koralowa jest strasznie zniszczona, wypłukana i tylko przeszkadza w przyjemności zaczerpnięcia kąpieli w oceanie,

– nocleg: skorzystaliśmy z pokoju zaoferowanego przez złapanego przy dworcu kolejowym pana z tuk-tuka, a jak się później okazało syna właścicieli – Breeze Rest świetne miejsce i warunki. Jeśli planujecie dłuższy pobyt w tym miejscu warto skorzystać, bo była dostępna nawet pralka 🙂 Dojazd tuk-tukiem z dworca kolejowego do hotelu – 150 Rs.

– przejazd z Unawatuny do Galle – tuk tuk 250 Rs, autobus złapany na głównej drodze – 15 Rs/os.

DSC02580Świątynia buddyjska w Matarze

20130808-221651.jpgFort w Galle

20130808-221658.jpg

20130808-221705.jpg

20130808-221711.jpg

20130808-221718.jpg

DSC02660

Targ w Galle

PO CZTERNASTE – Arugam Bay

Przyzwyczajeni do lankijskich ponad 30-stu stopni, chcieliśmy jak najszybciej uciec z 15-sto stopniowego regionu Nuwara Elija. Nie to, że nie podobały nam się krajobrazy, że nie byliśmy zachwyceni otoczeniem herbat. Po prostu przez spędzone w tym miejscu zaledwie dwa dni, cierpieliśmy na brak słońca 😉 Ruszyliśmy znów na wschód.
Po kilkugodzinnej podróży z kilkoma przesiadkami dostaliśmy się wprost do krainy surferów. To miejsce wręcz stworzone dla nich. Ogromne, załamujące się fale, mnóstwo sklepów i wypożyczalni desek. Kilka szkółek surfingu i wiele knajp. Hotel przy hotelu, tuk-tuk przy tuk-tuku. Arugam Bay to chyba najbardziej turystyczne miejsce, do którego dotarliśmy do tej pory na Sri Lance. Mimo to, miało w sobie jakiś klimat, przez który i dzięki któremu zostaliśmy w tym miejscu trochę dłużej niż planowaliśmy..

Informacje praktyczne:

– z Nuwara Elija dostaliśmy się autobusem do Badulla (112 Rs od osoby), następnie z Badulla do Monaragala (105 Rs od osoby), z Monaragala do Pottuvil (150Rs od osoby) i z Pottuvil do Arugam (2,5 km) tuk-tukiem za 150 Rs;

– nocleg: zatrzymaliśmy się w Hotel Beach Coral – dla nas jedno z najlepszych i najtańszych miejsc na wyspie. Za pokój z wiatrakiem, standardowo z łazienką, werandą i wi-fi płaciliśmy 1000 Rs (!);

– nie warto szukać na siłę pokoju z ciepłą wodą. Praktycznie wszędzie oferują zimną, która i tak okazuje się ciepła. Poza tym, przy takich upałach marzyliśmy tylko o zimnej;

– przy głównej ulicy jest mnóstwo restauracyjek oferujących lokalne i nie tylko jedzonko – ceny raczej wszędzie podobne, a taniej niż w hotelowej restauracji (bardzo dobre zupki w knajpce „Why not?”)

– warto się przejść wzdłuż plaży – można znaleźć naprawdę dziewicze, bezludne miejsca!

– do Pottuvil można pojechać po zakupy – jest market i targ, gdzie można kupić tańsze produkty niż w Arugam;

– Arugam Bay jest odpowiednie dla tych, którzy chcą „powalczyć” z falami. Pływać się tu normalnie raczej nie da, ale Szymek miał dobrą zabawę stawiając czoła ogromnym falom 🙂

20130711-220349.jpg

20130711-220402.jpg

20130711-220415.jpg

20130711-221352.jpg

20130711-221359.jpg
20130711-220434.jpg

20130711-220441.jpg

20130711-220502.jpg

20130711-220508.jpg

20130711-220518.jpg

20130711-220525.jpg

20130711-220539.jpg

20130711-220545.jpg

20130711-220555.jpg

20130711-220614.jpg

20130711-220622.jpg

<a

PO JEDENASTE – Trójkąt kulturalny cz. IV

Kandy, to ostatni punkt w Trójkącie Kulturalnym. To historyczne miasto, z jeziorem w centrum, także wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO, na tyle nas zafascynowało, że zostaliśmy tu aż cztery dni. Właściwie nie wiemy dlaczego tak zachwyciliśmy się tym miejscem, ale potraktowaliśmy je nie tylko jako miejsce zwiedzania, punkt wypadowy do innych atrakcji, ale też jako właściwe miejsce do obserwowania życia ulicznego, mieszkańców i ich zwyczajów.
Kandy, to czwarte co do wielkości miasto na Sri Lance. W przeszłości było wielokrotnie atakowane przez Holendrów, Portugalczyków i Anglików, jednak nigdy nikomu nie udało się go zdobyć. Obecnie, przyciąga tłumy turystów chcących odwiezić Świątynię Relikwii Zęba Buddy ( właściwie Sri Dalada Maligawa), czyli jedną z największych atrakcji na wyspie. Z naszej strony, nie rozumiemy fenomenu tej świątyni. Oczywiście dla wyznawców buddyzmu ma ona ogromne znaczenie, ale dla nas, wyznawców innej religii, nie była ona niczym szczególnym. Być może dlatego, że nie czuliśmy jej klimatu…
To co na nas zrobiło wrażenie, to tysiące kwiatów przynoszonych w ofierze. Chyba najbardziej utwiły nam one w pamięci. Warto jednak zobaczyć resztę kompleksu – drewniane zadaszenie wsparte na bogato rzeźbionych kolumnach, Muzeum Słonia Raja, czyli wypchanego słonia stojącego za szkłem, który do 1988 roku uczestniczył w obchodach świąt oraz dawny pałac królewski.
Tuż za miastem, 7 km od centrum, utworzony został ogród botaniczny Paradenija. Ma wytyczone alejki dla turystów, ale korzystanie z trawników także jest dozwolone. Mnóstwo jest tu drzew i innych roślin, przy których są tabliczki mówiące co to za roślina, jak i jakie jest jej pochodzenie. Warto poświęcić na ten ogród jakieś 3-4 godziny, aby w spokoju podziwiać naturę. Przed wejściem dobrze też wziąć mapę ogrodu – na pewno się przyda.Informacje praktyczne:
– bilet wstępu do Świątyni Relikwii Zęba Buddy, to koszt 1000 Rs/os. ( należy mieć zakryte kolana i ramiona, a buty pozostawić tuż przy budce z biletami);
– przejazd z centrum (tuż przy jeziorze) do ogrodu botanicznego Paradenija to koszt 300Rs w jedną stronę (warto pytać kilku tuk-tuków, bo za przejazd chcieli nawet 700Rs);
– bilet wstępu do ogrodu-1100 Rs za osobę;
– dobre i tanie jedzenie serwują w restauracjach Devon i White House przy głównej ulicy, ale warte polecenia są też piekarnie usytuowane po obu stronach drogi. Mają w nich najlepsze bułki z różnymi nadzieniami (np. ryba, kurczak, jajka, chili);
– spaliśmy w Kandy Paris Hotel, jak do tej pory najlepszy hotel, jaki mieliśmy do tej pory. Znajduje się po drugiej stronie jeziora (jakieś 15-20 min. spacerkiem do centrum). Za pokój z klimatyzacją, ciepłą wodą i wi-fi płaciliśmy 3700Rs.

20130619-162714.jpg

20130619-162707.jpg

20130619-162655.jpg

20130619-162736.jpg

20130619-162724.jpg

20130619-162756.jpg

20130619-163316.jpg

20130619-163602.jpg

20130619-163623.jpg

20130619-163506.jpg

PO SZÓSTE – prawie jak w raju

Miało być o raju, więc niech i tak będzie! Aktualnie przebywamy w Uppuveli, malutkiej wioseczce, która słynie z przepięknych plaż i pobliskiej Pigeon Island. Trafiliśmy tu całkiem przypadkiem, bo zniechęceni oglądanymi hotelami w Trincomalee, daliśmy się namówić kierowcy tuk-tuka na przywiezienie nas w to miejsce. Co właściwie tu jest? Plaże, plaże i jeszcze raz plaże! Widzieliście kiedyś reklamę batoników „Bounty”? Jeśli tak, to wyobraźcie sobie jeszcze nas i będziecie mieć cały obrazek, gdzie teraz jesteśmy:) Kilka kilometrów od Uppuveli rozciąga się Nilaveli Beach, która przez mieszkańców uważana jest za najpiękniejszą plażę. Wg nas, mimo wszystko wygrywa Uppuveli, chyba też przez to, że jest bardziej skomercjalizowana, można iść coś zjeść, zobaczyć coś nowego, a nie tylko basen hotelowy jak przy Nilaveli Beach. Jednak z drugiej strony, brak rozbudowanej infrastruktury tworzy tu atmosferę błogiego spokoju.
Ok. kilometra od wybrzeży Nilaveli Beach położona jest Pigeon Island – niewielka wysepka znana na Sri Lance z najpiękniejszej rafy koralowej. Tak więc skuszeni wizją zobaczenia na własne oczy przepięknej rafy i kolorowych ryb zdecydowaliśmy się na snorkeling, czyli nurkowanie z maską, fajką (rurką) i płetwami. Co widzieliśmy? Cuda natury! A przede wszystkim pływające wokół nas rekiny, żółwie i węże morskie, kolorowe, niezidentyfikowane z nazw ryby i przepiękną rafę koralową. Naprawdę warto!

Informacje praktyczne:
– przejaz tuk-tukiem z Uppuveli do Nilaveli to koszt 400 Rs (12 km),
– snorkeling (3h) – 6000 Rs za dwie osoby, ale uwaga! Pigeon Island jest Parkiem Narodowym, więc w tej cenie jest również bilet wstępu. Ponadto, cena obejmuje przepłynięcie łodzią (ok.20 min.), sprzęt oraz ogromną pomoc,
– nocleg w Uppuveli- zatrzymaliśmy się w hotelu Aqua Inn, prowadzonym przez mieszkającą tu Angielkę. Koszt 5000 Rs/pokój z klimatyzacją, ciepłą wodą, internetem w restauracji obok, basenem. Drogo, ale spędzamy tu dość leniwie czas.

20130606-214835.jpg

20130606-214927.jpg

20130606-214958.jpg

20130606-215048.jpg

20130606-215128.jpg

20130606-215417.jpg

20130606-215439.jpg

20130606-215506.jpg

20130606-215537.jpg

20130606-215619.jpg

20130606-215651.jpg

20130606-215712.jpg

PO PIĄTE – jesteśmy na wschodzie!

Jesteśmy na wschodzie! Po dziewięciogodzinnej podróży jesteśmy w Trincomalee. A właściwie Uppuveli – pobliskiej plaży przypominającej reklamę „Bounty”. Jest gorąco, słonecznie, uroczo i przepięknie – prawie jak w raju, ale zanim o tym raju najpierw kilka słów o Trincomalee…
Samo miasto, to niedoszła stolica państwa Ilam, o którego utworzenie walczyły Tamilskie Tygrysy -organizacja utworzona w 1976 roku, żądająca utworzenia niepodległego państwa tamilskiego na północy Sri Lanki. Dopiero w maju 2009 roku Tamilskie Tygrysy, zdziesiątkowane przez rządową armię, ogłosiły koniec wojny. Ślady po wojnie można zauważyć po opuszczonych budynkach, po ruinach hoteli przy wybrzeżu i po ogromnych dziurach w drodze. Trincomalee i okolice dopiero się odbudowują – widać wzrastające budynki, które niedługo zamienią się w luksusowe hotele. Mieszkańcy, głównie kierowcy tuk-tuków, z którymi mamy najwięcej do czynienia również opowiadają historie z czasów wojny. Większość z nich chcąc przeżyć, szukała schronienia w innych miastach, u rodzin, a od 2-3 lat wracają i zaczynają od nowa.
To, co można spotkać w Trinco (to często używany skrót przez mieszkańców), to sarny, jelenie, zaprzyjaźnionego wiewiórki i oczywiście krowy wałęsające się po ulicach.
Masowo odwiedzających to miejsce, po zakończeniu wojny, lankijskich turystów można spotkać przy Fort Frederick Road. Wybudowany w 1623 roku, początkowo jako własność Portugalczyków, następnie Holendrów i Brytyjczyków, obecnie jest siedzibą lankijskich służb wojskowych, którzy nie utrudniają zwiedzania, ale z zaciekawieniem przyglądają się turystom o jasnym kolorze skóry. Jest to też miejsce spacerów przy lazurowym kolorze zatoki, z którego można się dostać do kolorowej hinduistycznej świątyni Koneswaram, usytuowanej na skałach. Po obu stronach drogi usytuowane są dziesiątki straganów, w których można kupić słodycze, sztuczne kwiaty, świeże soki, właściwie wszystko, czyli to samo co u nas na odpuście. Do samej świątyni należy mieć ubranie zasłaniające ramiona i nogi do kolan. Z racji, że miałam krótsze spodenki, starszy Pan pilnujący świątyni wręczył mi kawałek materiału, którym miałam się przykryć. Z samej świątyni rozpościera się wspaniały widok z jednej strony na ocean, z drugiej na zatokę. Jest tam też drzewo, do którego młode kobiety przyczepiają skrzyneczki z kwiatami (podobno są to kołyski), które mają ułatwić zajście w ciążę. Ponadto, Trincomalee oferuje jedynie kilka innych świątyń hinduistycznych, gdzie można podpatrzeć zachowania wyznawców innej religii.

20130605-161543.jpg
Wagon w pociągu Colombo – Trincomalee
20130605-161614.jpg
Stacja Colombo Fort

Informacje praktyczne:
– tuk-tuk z dworca kolejowego do centrum miasta to koszt 200 Rs,
– tuk-tuk z centrum Trincomalee do Uppuveli pojedzie za 250 Rs, czasami nawet za 200 Rs (nie dajcie się oszukać, bo pierwszego dnia jechaliśmy nawet za 500 Rs,
– wejście do świątyni Koneswaram jest darmowe, jednak trzeba zapłacić strażnikowi 20 Rs za pozostawienie obuwia,
– za kawałek chusty, którą starszy Pan mi użyczył mieliśmy zapłacić 20 Rs, skończyło się na 10 Rs, ale słyszeliśmy, że czasami można spotkać się z bardziej otwartymi staruszkami, którzy w zamian za materiał zażyczą sobie buziaka:),
– przejazd tuk-tukiem z Fort Frederick Road do świątyni Koneswaram i z powrotem do Uppuveli to koszt 400 Rs – tu znowu trzeba się targować, bo Pan, który nas wiózł, stwierdził, że za długo musiał czekać i stracił czas, więc chciał 600Rs. Skończyło się na 520 Rs, ale takie sytuacje tylko nas uczą, żeby jednak pozostawać przy pierwszej cenie.

20130605-162753.jpg

20130605-163007.jpg

20130605-163212.jpg

20130605-163318.jpg<
Fort Frederick
20130605-163257.jpg
Stragany w drodze do świątyni
20130605-163401.jpg
Świątynia Koneswaram
20130605-165501.jpg

20130605-165816.jpg

20130605-165730.jpg

20130605-165709.jpg

20130605-165415.jpg

20130605-165446.jpg

PO PIERWSZE

Po pierwsze, bo to pierwszy wpis. Miało być tak łatwo, a tu proszę – chyba najtrudniej coś stworzyć, co ma pozostać tym pierwszym na zawsze. Zastanawiam się co napisać.. Historię pod tytułem „jak to się wszystko zaczęło”? Albo coś w stylu „i co będzie dalej”?
Może po prostu- zaczynamy pisać o podróżach. Kilka za nami, ale myślę, że jeszcze więcej przed nami. Podobno marzenia się spełniają, więc i my trzymamy się tej zasady, a przynajmniej głęboko w to wierzymy!! Zatem dlaczego blog? Dlaczego piszemy?

Bloga piszemy dla siebie, żebyśmy nie zapomnieli gdzie byliśmy, co widzieliśmy, co robiliśmy, co jedliśmy i jaką przemierzyliśmy drogę. Dla Rodziny- bo niesamowicie się martwią i tęsknią. Dla Przyjaciół – aby pakowali się i na następne urlopy jechali z nami. I dla Czytelników – o ile tacy się znajdą, aby skorzystali z naszych rad i wskazówek, gdy będą zmierzali w tym samym kierunku co my.

Oczywiście uprzedzam- nie jesteśmy pisarzami, modelami, fotografami, więc nie łudźcie się, że kiedykolwiek nimi zostaniemy:-) Spróbujemy pisać to, o czym sami chcielibyśmy czytać. Fotografować to, co chcielibyśmy widzieć i pozować – hmmm.. jedynie do własnych zdjęć:-)

Dopiero zaczynamy, a już niedługo, bo za kilka dni jedziemy w prawie miesięczną podróż na Sri Lankę. Z pozostałymi i zaległymi wpisami na temat zwiedzonych już krajów chciałam zdążyć przed wyprawą, ale to już mi się chyba nie uda..  Będzie więc na odwrót! Od końca. Najpierw Cejlon, czyli herbaciana wyspa, a później powrót do przeszłości. Niemcy, czyli jak to się zaczęło. Austria – nauka sportów zimowych. Wietnam, czyli ponad 2000 km na skuterach. Francja, a raczej jej stolica. Chorwacja, czyli szybka podróż poślubna i.. Zobaczymy co przyniesie nowy rok. Nasze głowy są już pełne pomysłów, ale skupmy się na tym co wkrótce przed nami…