PO TRZYDZIESTE SIÓDME – przytulić tygrysa – bezcenne!

O okolicach Chiang Mai jeszcze nie skończyłam pisać. Zresztą moje słowa to tylko cząstka opisująca północny region Tajlandii. Tu naprawdę można spędzać intensywnie czas, mieć zapełniony każdy dzień.

Generalnie za zwierzakami nie przepadam. Psów się boję, niektórych dziwnie wyglądających kotów też. Mimo to, podpisaliśmy deklarację wejścia na własną odpowiedzialność do Tiger Kingdom, przeczytaliśmy kilka tablic informacyjnych co wolno, a czego nie i weszliśmy. Weszliśmy do czterech leniwych, ospałych i pewnie nafaszerowanych prochami tygrysów.

Istnieją zwolennicy i przeciwnicy podobnych ośrodków dla zwierząt, ale ten wydał nam się jednym z lepszych. Po pierwsze ludzie, którzy tam pracują – widać, że żyją ze zwierzętami, że są z nimi w pewien sposób związani. Po drugie, te zwierzaki były naprawdę czyste i co ważne miały spory wybieg, nie były pozamykane  w klatkach.

Czy się baliśmy? Trochę tak. Czy było warto? Zdecydowanie tak! W końcu przytulić tygrysa.. bezcenne!

DSC07508

DSC07645

DSC07604

DSC07583

DSC07559

DSC07577

DSC07563

DSC07537

DSC07581

DSC07611

DSC07579

DSC07580

DSC07542

DSC07618

Informacje praktyczne:

-bilety do Tiger Kingdom:

  • duże tygrysy – 420 bath/os.
  • średnie tygrysy – 420 bath/os.
  • małe tygrysy – 520 bath/os.
  • najmniejsze tygrysy – 620 bath/os.

– opcje łączone:

  • duże lub średnie + małe – 840 bath/os.
  • duże + średnie + małe + najmniejsze – 1480 bath/os.
  • duże + średnie + małe 1 + małe 2 + najmniejsze – 1900 bath/os.

-każda zatrzymana taksówka w Chiang Mai zawiezie Was do ośrodka tygrysów; ceny nie znam, ale dla porównania płaciliśmy 900 bath/dzień + benzyna za wypożyczenie Toyoty Hilux

Reklamy

PO SZESNASTE – Tym razem południe

Tym razem przemieszczamy się na południe wyspy. Z Arugam Bay jedziemy ponad 7 godzin w ogromnym ścisku, z kilkoma przesiadkami po drodze, w autobusach co jakiś czas zatrzymujących się z nieznanych nam przyczyn. Na koniec zostawiamy podróż pociągiem. Z racji, iż na zachodzie i południu o tej porze roku jest monsun, na zwiedzanie tych miejsc zostawiliśmy nasze ostatnie 2 dni na cejlońskiej ziemi.

Jako przystanek wybieramy Unawatune – blisko do Galle i wciąż przy wybrzeżu. Jeśli mamy być obiektywni Unawatuna jest zdecydowanie przereklamowana! Droga jak na podróż niskobudżetową, a przy tym zapewniajaca brak intymności turystom. Hotel przy hotelu, restauracja przy restauracji, wszędobylscy handlarze masek, lampek, świeczek, itp. Plaża w Unawatunie wąska, a plażowe restauracje to jedynie te, które oferują drogie (mimo że to nie był sezon!) i nie zawsze lokalne jedzenie.

Z Unawatuny do Galle dzielą nas zaledwie 2-3 km. Wystarczy wyjść do głównej drogi, złapać jakikolwiek autobus, wysiąść na dworcu głównym i już znajdujemy się tuż przy holenderskim forcie z XVII wieku, także wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Wchodząc na teren fortu naprawdę można poczuć się, jakbyśmy byli w jednym z zachodnioeuropejskich miasteczek. Cicho, schudnie.. zupełnie inaczej niż w pozostałej części miasta. Mijamy kościoły, meczet, szkołę muzułmańską, wokół której biegają ubrane na biało dzieci, latarnię morską, a w końcu maleńkie domki przyozdobione kwiatami. Chodzimy wąskimi uliczkami zaglądając Lankijczykom do ich domostw. Spotykamy warany – egzotyczne jaszczurki, o których przeczytać można w każdym przewodniku i dzieci grające w krykieta – sport narodowy Sri Lanki. Kilka godzin włóczymy się po mieście zaglądając w uliczne zakamarki, robiąc ostatnie zakupy przed powrotem i zajadając się uwielbianymi przez nas ananasami i arbuzami.

DSC02655Szukając odpowiedniego pociągu..

Informacje praktyczne:

– jadąc do Unawatuny złapaliśmy w Arugam Bay tuk-tuka do Pottuvil (150 Rs/os.), następnie autobus do Matary (308 Rs/os.) i pociąg do Unawatuny (kierunek Galle; 35Rs/os.), czyli koszt ok. 25 zł za dwie osoby;

– zatrzymując się w Unawatunie zaopatrzcie się w buty podobne do tych, które kupujecie wyjeżdżając do Chorwacji – rafa koralowa jest strasznie zniszczona, wypłukana i tylko przeszkadza w przyjemności zaczerpnięcia kąpieli w oceanie,

– nocleg: skorzystaliśmy z pokoju zaoferowanego przez złapanego przy dworcu kolejowym pana z tuk-tuka, a jak się później okazało syna właścicieli – Breeze Rest świetne miejsce i warunki. Jeśli planujecie dłuższy pobyt w tym miejscu warto skorzystać, bo była dostępna nawet pralka 🙂 Dojazd tuk-tukiem z dworca kolejowego do hotelu – 150 Rs.

– przejazd z Unawatuny do Galle – tuk tuk 250 Rs, autobus złapany na głównej drodze – 15 Rs/os.

DSC02580Świątynia buddyjska w Matarze

20130808-221651.jpgFort w Galle

20130808-221658.jpg

20130808-221705.jpg

20130808-221711.jpg

20130808-221718.jpg

DSC02660

Targ w Galle

PO PIĘTNASTE – czym po Sri Lance?

Wyjeżdżając w podróż zastanawiamy się czym się poruszać i jaki środek lokomocji wybrać. Wszystko zależy od tego, ile właściwie mamy czasu na zwiedzenie danego kraju, czy też miejsca, jak bardzo jesteśmy wygodni i co chcemy od podróży. Zdjęcie przy każdym zabytku opisanym w przewodniku? A może jednak ważna jest atmosfera danego miejsca i ludzie? My zdecydowanie podpisujemy się pod tym drugim!! Jednakże na Sri Lance dostępne są różne formy i możliwości:

– SAMOLOT – najszybszy środek transportu. Przy tak małych odległościach jak na Cejlonie w kilkadziesiąt minut dostaniemy się z jednego do drugiego miasta na wyspie. Co prawda międzynarodowe lotnisko na Sri Lance jest jedno, tuż przy stolicy, ale przy większych miastach funkcjonują mniejsze. Najłatwiej się tam dostać taksówkami, a bilety zamawiać na stronach internetowych. W większych miastach widzieliśmy biura podróży, więc pewnie i tam można kupić bilety.

– SAMOCHÓD – najlepsza opcja dla tych „wygodnickich” i dla tych, którzy mają mało czasu. Opcje są dwie: wypożyczasz samochód lub rezerwujesz przewodnika z samochodem, który zawiezie Cię wszędzie tam, gdzie będziesz chciał. Na forach aż roi się od namiarów na przewodników, z których turyści są zadowoleni. Z reguły oni sami układają plany podróży dla swoich turystów – są lepiej zorientowani w topografii terenu i potrafią lepiej ocenić czas, który należy poświęcić na dany zabytek. Warto jednak wcześniej przejrzeć jakieś fora, skontaktować się z kilkoma osobami i wybrać najkorzystniejszą ofertę. Jeśli chodzi o wypożyczalnie samochodów, to na pewno jest w Colombo – stolicy kraju. Niestety nie wiem na jakich warunkach można wypożyczyć cztery koła..

– TUK-TUK – zdecydowanie najpopularniejszy pojazd na wyspie i swoista taksówka w jednym! Świetnie sprawdza się w poruszaniu się po mieście, a także pomiędzy miastami leżącymi niedaleko siebie. Maksymalna prędkość, to 60 km/h. Tuk-tukiem dostaniemy się w każde miejsce i w każdym miejscu go znajdziemy. Najważniejsza zasada? Targować się, targować i jeszcze raz targować!! Ceny są zróżnicowane, ale jeśli słyszymy 500 Rs, my mówimy 200 Rs. W 99% zostajemy przy naszej ofercie 🙂 „Tuk-tukowcy” są też doskonałym źródłem informacji nt. noclegów, cen i atrakcji – warto więc się pytać.

20130721-211425.jpg

20130721-211447.jpg

20130721-211454.jpg

20130721-211501.jpg

20130721-211526.jpg

<

– SKUTER – nie jest tak popularny, jak w innych azjatyckich krajach, ale nadal wszędzie go widać. Z wypożyczeniem skuterów spotkaliśmy się w Arugam Bay i Unawatunie, ale w innych miejscach specjalnie nie szukalismy.. Cena za 1 dzień to 1000 Rs w Arugam i 800-1000Rs w Unawatunie.

– ROWER – wśród turystów jest bardzo popularny w Anuradhapura, czy też Polonnaruwa. Zabytki tych antycznych miast rozlokowane są na dużym areale, więc jeśli ma się kilka godzin spokojnie można pozwiedzać na rowerze.

– AUTOBUSY – o kierowcach autobusów można pisać wiersze! O jeździe lokalnymi autobusami książki! Myślę, że sama jazda lokalnymi środkami transportu przyprawia o zawrót głowy i jest jedną z głównych atrakcji Sri Lanki 🙂 Można tu spotkać naprawdę różnych ludzi. Jedni się nieśmiało uśmiechają, inni próbują nawiązać rozmowę. Każdy jest chętny, aby pomóc we wskazaniu dalszej drogi. Na wielu przystankach wchodzą też sprzedawcy oferujący jedzenie, napoje, zabawki, ale dużo chodzi też żebraków proszących o pieniądze.
Z zatrzymaniem autobusu nie ma problemu – wystarczy machać i pytać, czy jedzie do miejsca, w które zamierzamy się udać. Nam turystom zatrzyma się w każdym miejscu – lokalni mają wyznaczone przystanki. Trzeba tylko mocno się skupić, bo czasami kierowcy nie zatrzymują swego pojazdu tylko zwalniają, więc albo wsiadamy albo wysiadamy, gdy autobus się „turla”. Podczas jazdy można spać, bo i tak obudzą i powiedzą, że tu jest nasz cel. Jednak z tym spaniem bywa różnie, bo jak na azjatyckich kierowców przystało i Lankijczycy są jednym słowem wariatami 🙂 Trzeba się naprawdę dobrze zapierać, żeby nie wypaść ze swojego miejsca, tym bardziej, że drzwi są zawsze otwarte 🙂 Ceny przejazdów autobusami są naprawdę bardzo tanie (np. za 50 km płacimy 40 Rs, a za 200 km 150 Rs). Na dworcach nie szukajcie kas biletowych, tylko wsiadajcie do autobusów, bowiem z obsługi jest zawsze kierowca i Pan biletowy, który na pewno o Was nie zapomni i do Was podejdzie. Pamiętajcie tylko, że małe klimatyzowane busiki są droższe niż te „normalne”. W busach liczą też sobie jeden dodatkowy bilet za plecaki. W zwykłych autobusach wchodząc przednim wejściem kładźcie od razu plecaki na silnik tuż przy kierowcy – nie będą wtedy blokowały miejsca, o które czasami tak trudno. Uwierzcie, ale naprawdę może być tłoczno do tego stopnia, że nie można ręką ruszyć 🙂

20130721-211615.jpg

20130721-211628.jpg

20130721-211635.jpg

20130721-211647.jpg

20130721-211659.jpg

20130721-211718.jpg

20130721-211708.jpg

– POCIĄGI – zazwyczaj są trzy klasy: 1, 2 i 3. Ceny tej ostatniej są najtańsze, ale na obleganych trasach często trzeba stać. Na trasie Colombo – Tricomalle spotkaliśmy się z podziałem 2 klasy na rezerwację miejsc i brak rezerwacji, ale o tym pisałam już przy okazji wpisu o zachodnim wybrzeżu.
Podróżując pociągiem głodni też nie będziemy, bowiem na każdej stacji wchodzi nowy sklepikarz oferujący lokalny placek rotti, owoce, herbatę, kawę, zdrapki, a nawet złoto (!) 🙂 Bilety kupujemy w kasach. Podczas jazdy są sprawdzane przez konduktorów, a przy wyjściu ze stacji trzeba je zwrócić.

20130721-211745.jpg

20130721-211753.jpg

20130721-211804.jpg

20130721-211820.jpg

20130721-211827.jpg

20130721-211833.jpg

20130721-211853.jpg

PO CZTERNASTE – Arugam Bay

Przyzwyczajeni do lankijskich ponad 30-stu stopni, chcieliśmy jak najszybciej uciec z 15-sto stopniowego regionu Nuwara Elija. Nie to, że nie podobały nam się krajobrazy, że nie byliśmy zachwyceni otoczeniem herbat. Po prostu przez spędzone w tym miejscu zaledwie dwa dni, cierpieliśmy na brak słońca 😉 Ruszyliśmy znów na wschód.
Po kilkugodzinnej podróży z kilkoma przesiadkami dostaliśmy się wprost do krainy surferów. To miejsce wręcz stworzone dla nich. Ogromne, załamujące się fale, mnóstwo sklepów i wypożyczalni desek. Kilka szkółek surfingu i wiele knajp. Hotel przy hotelu, tuk-tuk przy tuk-tuku. Arugam Bay to chyba najbardziej turystyczne miejsce, do którego dotarliśmy do tej pory na Sri Lance. Mimo to, miało w sobie jakiś klimat, przez który i dzięki któremu zostaliśmy w tym miejscu trochę dłużej niż planowaliśmy..

Informacje praktyczne:

– z Nuwara Elija dostaliśmy się autobusem do Badulla (112 Rs od osoby), następnie z Badulla do Monaragala (105 Rs od osoby), z Monaragala do Pottuvil (150Rs od osoby) i z Pottuvil do Arugam (2,5 km) tuk-tukiem za 150 Rs;

– nocleg: zatrzymaliśmy się w Hotel Beach Coral – dla nas jedno z najlepszych i najtańszych miejsc na wyspie. Za pokój z wiatrakiem, standardowo z łazienką, werandą i wi-fi płaciliśmy 1000 Rs (!);

– nie warto szukać na siłę pokoju z ciepłą wodą. Praktycznie wszędzie oferują zimną, która i tak okazuje się ciepła. Poza tym, przy takich upałach marzyliśmy tylko o zimnej;

– przy głównej ulicy jest mnóstwo restauracyjek oferujących lokalne i nie tylko jedzonko – ceny raczej wszędzie podobne, a taniej niż w hotelowej restauracji (bardzo dobre zupki w knajpce „Why not?”)

– warto się przejść wzdłuż plaży – można znaleźć naprawdę dziewicze, bezludne miejsca!

– do Pottuvil można pojechać po zakupy – jest market i targ, gdzie można kupić tańsze produkty niż w Arugam;

– Arugam Bay jest odpowiednie dla tych, którzy chcą „powalczyć” z falami. Pływać się tu normalnie raczej nie da, ale Szymek miał dobrą zabawę stawiając czoła ogromnym falom 🙂

20130711-220349.jpg

20130711-220402.jpg

20130711-220415.jpg

20130711-221352.jpg

20130711-221359.jpg
20130711-220434.jpg

20130711-220441.jpg

20130711-220502.jpg

20130711-220508.jpg

20130711-220518.jpg

20130711-220525.jpg

20130711-220539.jpg

20130711-220545.jpg

20130711-220555.jpg

20130711-220614.jpg

20130711-220622.jpg

<a

PO TRZYNASTE – O słynnej cejlońskiej herbacie i Horton Plains

Z czego najbardziej słynie Sri Lanka? Oczywiście z herbaty! Tak więc być na wyspie i nie zobaczyć plantacji herbaty? To nie wchodziło w grę. Aby zobaczyć słynną Ceylon Tea, jako bazę wypadową wybraliśmy miasto i region Nuwara Elija, czyli górski teren pokryty plantacjami herbaty oraz tarasowymi polami uprawnymi, na których uprawia się warzywa. Dotarliśmy tu pociągiem, gdyż czytaliśmy wcześniej o wspaniałych widokach. I rzeczywiście – ponad czterogodzinna podróż się opłaciła. Mimo deszczu, widoki rewelacyjne! Góry, zbocza – wszystko porośnięte krzewami herbaty.
Ale region ten nie tylko słynie z samej herbaty. To także parki narodowe i liczne wodospady. Na pogodę nie mogliśmy liczyć, bo o tej porze roku są tam najniższe temperatury (15stopni) i co ciekawe – mieszkańcy chodzą ubrani w czapki, zimowe kurtki i oczywiście japonki. Zatem i my, ubrani od stóp do głów, ruszyliśmy najpierw do Parku Narodowego Horton Plains, a następnie na plantacje herbaty i wodospady.
Wyjazd – godzina 5.00. Jedziemy wraz z poznanym dzień wcześniej kierowcą, wśród poprzewracanych po huraganie drzew. Deszcz pada coraz mocniej, więc jestem coraz bardziej przerażona. Szymek jest spokojny, choć przed nami 9 km wędrówki. Po godzinie docieramy na miejsce. Kupujemy bilety i ruszamy. Decydujemy się zdobyć World’s End. Dwa końce świata z widokami, które podobno zapierają dech w piersiach. Chcemy się o tym sami przekonać, więc idziemy.. Na początek kierujemy się do małego końca świata. Idziemy przez równiny co jakiś czas wkraczając do lasów deszczowych z wyboistymi drogami. W końcu jesteśmy. Ukazuje się nam ogromna przestrzeń, widok spowity lekką mgłą. Idziemy dalej. Po ok. 3 km. docieramy do właściwego końca świata. I tu znów kolejne wspaniałe widoki. U podnóża gór zauważamy maleńką wioskę, a tuż za nią rzekę, a może jezioro.. Zbocza porośnięte drzewami, stłumione odgłosy zwierząt. Spotykamy tu naszych Rodaków i po krótkiej pogawędce ruszamy dalej. Przed nami 5 km wędrówki, ale zbaczamy z trasy i idziemy ku wodospadom Bakera. Opisywane jako jedne z najbardziej zachwycajcych na nas nie robią wielkiego wrażenia. W Wietnamie byliśmy przy bardziej okazałym wodospadzie, ale o tym później 🙂 Pakujemy aparat i znów w drogę. Wracamy na parking, gdzie czeka na nas kierowca i ruszamy na plantacje!
20130701-225847.jpg

20130701-230035.jpg

20130701-230103.jpg

20130701-230305.jpg

20130701-230332.jpg

20130701-230414.jpg

20130701-230450.jpg

20130701-230517.jpg

Jedziemy krętymi drogami podziwiając krajobrazy. Po lewej herbata, po prawej herbata, gdzieniegdzie wodospady – małe, większe, coraz większe. Nie wyjmujemy aparatu, nie robimy zdjęć. Wolimy zatrzymać widoki dla siebie. Szkoda nam czasu na zdjęcia, mimo że jedziemy ok. 2 godzin. Dojeżdżamy do fabryki herbaty. Wychodzi naprzeciw nam lankijska dziewczyna pyta się skąd jesteśmy, po czym po polsku wymienia nam rodzaje herbat. Czarna, biała, czerwona, zielona. Po kolei opowiada nam proces produkcyjny, pokazuje maszyny, piec. Dla mnie fabryka jak fabryka, piec jak piec. Szymek kręci głową i jest w coraz większym szoku, że w takich warunkach można coś produkować. U nas się mówi, że „cudze chwalicie, swego nie znacie”. Tutaj obowiązuje raczej zasada, że ” swoje chwalcie, bo cudzego nie znacie”. To chyba jest najwłaściwsze określenie dla kondycji fabryki. Po szybkim przejściu przez fabrykę kierujemy się w stronę sklepu, w którym oczywiście kupujemy herbatę. Ceny duże, więc lepiej kupić jedną na pamiątkę wizyty w fabryce, a w resztę na bazarze. Zmęczeni wracamy do miasta. Dajemy jeszcze jedną szansę Nuwara Elija – spędzamy tam wieczór włócząc się po ulicach, a następnego dnia jedziemy dalej..

Informacje praktyczne:

– z Kandy jedziemy pociągiem do stacji Nanu Oya (11 km od Nuwara Elija). Na stacji mnóstwo tuk-tuków, więc bez problemu można dostać się do miasta. My wybieramy tańszą opcję, więc idziemy do głównej drogi w poszukiwaniu autobusu. Zatrzymuje się przy nas kilka samochodów oferując „local price”, ale w rezultacie jedziemy z dwoma panami, którzy zawożą nas za darmo (cena biletu na pociąg to 180 Rs od osoby);
– wynajęcie kierowcy, który zawiezie nas do Horton Plains i obwiezie po wodospadach i plantacjach herbaty to koszt 3500Rs za park i 4000 Rs za fabrykę i wodospady (ok.9 godzin);
– wstęp do parku 5740 Rs za dwie osoby;
– warto wziąć ze sobą do parku coś ciepłego i płaszcz przeciwdeszczowy, bo mogą nas zaskoczyć różne warunki pogodowe;
– nocleg: Glenfall Resort, 3500 Rs za pokój (w cenie wi-fi i ciepła woda) + liczą sobie 10% za obsługę.

20130701-230610.jpg

20130701-230634.jpg

20130701-230657.jpg

20130701-230711.jpg

20130701-230736.jpg

20130701-230720.jpg

PO DWUNASTE – Wolność w niewoli

Zafascynowani widokiem kilku słoni, zdecydowaliśmy, że zobaczymy Pinnawala, a właściwie Elephant Orphanage. To sierociniec dla słoni, utworzony w 1975 roku, w którym przebywa najliczniejsze na świecie stado trzymane w niewoli. Pierwotnie miało być to schronienie dla sierot oraz słoni, które ucierpiały np. przez kłusownikôów. Obecnie miejsce to zamieszkuje ponad 80 słoni. Mają stworzone warunki tak, by jak najbardziej przypominały naturalne środowisko, jednak w Pinnawala słonie poddawane są pewnemu rygorowi, bowiem mają tzw. plan dnia:

  • 8.30 – otwarcie sierocińca
  • 8.30-9.15 – śniadanie ( słonie dostają głównie liście palmowe i liście bananowca)
  • 9.15 – karmienie małych słoniątek (za dodatkową opłatą można potrzymać butelkę)
  • 10.00 – przejście słoni nad pobliską rzekę
  • 12.00 – powrót z rzeki do zagrody
  • 12.00-13.15 – lunch
  • 13.15 – karmienie słoniątek
  • 14.00 – ponowne przejście nad rzekę
  • 16.00 – powrót do sierocińca
  • 17.00 – karmienie słoniątek
  • 18.00 – zamknięcie sierocińca

Wypad słoni nad rzekę jest ciekawym widowiskiem. Te potężne ssaki przechodzą pomiędzy wąskimi uliczkami, przy których usytuowani są sklepikarze z pamiątkami dla turystów. Podczas, gdy słonie pluskają się w rzece, na turystów czekają restauracje umiejscowione przy niej, aby był jak najlepszy widok.
Po powrocie słoni do sierocińca można sobie robić z nimi zdjęcia, gdy te wypoczywają na polanie. Uwaga na panów z obsługi, bowiem odganiają słonie od ludzi, tylko po to, aby sami mogli zrobić nam zdjęcia i oczywiście wziąć za tę przysługę pieniądze.
Na uwagę zasługuje też fabryka papieru z odchodów słoni znajdująca się zaraz na początku uliczki prowadzącej nad rzekę. Co prawda oprowadzenie po niej trwa max.5 minut, ale osoba po niej oprowadzająca tłumaczy bardzo ciekawie.
Wejście jest bezpłatne, ale na koniec wchodzi się do sklepu, gdzie właściciele liczą na to, że zrobi się jakiś zakup.
20130622-174222.jpg
Wrażenia? Widok tylu słoni widzianych w stadzie wywołał uśmiech na naszych twarzach, jednak łańcuchy, panowie z oszczepami, ustalone dokładne godziny co robi słoń i o której godzinie..to chyba nie było przyjemne. Mieliśmy wrażenie, że słonie patrzą na nas swoimi smutnymi oczami…
Pewnie idea powstania sierocińca miała jak najbardziej słuszny charakter, ale obecnie, ponad połowa z tych zwiedząt urodziła się już w niewoli. Co to oznacza? Że sierociniec zatracił swój charakter, że coraz mniej tu sierot zwożonych z całej wyspy, a coraz więcej słoni nie znających wolności. Trochę to przykre, ale poprzez odwiedzenie tego miejsca i zakup biletów, także i my dołączyliśmy do tej rzeszy turystów, którzy tak naprawdę napędzają ten interes…

Informacje praktyczne:
– jadąc do Pinnawala pojechaliśmy autobusem do Mawanella ( koszt ok. 40 Rs za osobę), a następnie tuk-tuka za 500 Rs;
– bilet wstępu do sierocińca 2250 Rs;
– karmienie słoniątek dodatkowo 250 Rs.

20130622-172558.jpg

20130622-172623.jpg

20130622-172640.jpg

20130622-172650.jpg

20130622-172713.jpg

20130622-172721.jpg

20130622-172911.jpg

20130622-173036.jpg

20130622-173147.jpg

20130622-173205.jpg

<a

PO JEDENASTE – Trójkąt kulturalny cz. IV

Kandy, to ostatni punkt w Trójkącie Kulturalnym. To historyczne miasto, z jeziorem w centrum, także wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO, na tyle nas zafascynowało, że zostaliśmy tu aż cztery dni. Właściwie nie wiemy dlaczego tak zachwyciliśmy się tym miejscem, ale potraktowaliśmy je nie tylko jako miejsce zwiedzania, punkt wypadowy do innych atrakcji, ale też jako właściwe miejsce do obserwowania życia ulicznego, mieszkańców i ich zwyczajów.
Kandy, to czwarte co do wielkości miasto na Sri Lance. W przeszłości było wielokrotnie atakowane przez Holendrów, Portugalczyków i Anglików, jednak nigdy nikomu nie udało się go zdobyć. Obecnie, przyciąga tłumy turystów chcących odwiezić Świątynię Relikwii Zęba Buddy ( właściwie Sri Dalada Maligawa), czyli jedną z największych atrakcji na wyspie. Z naszej strony, nie rozumiemy fenomenu tej świątyni. Oczywiście dla wyznawców buddyzmu ma ona ogromne znaczenie, ale dla nas, wyznawców innej religii, nie była ona niczym szczególnym. Być może dlatego, że nie czuliśmy jej klimatu…
To co na nas zrobiło wrażenie, to tysiące kwiatów przynoszonych w ofierze. Chyba najbardziej utwiły nam one w pamięci. Warto jednak zobaczyć resztę kompleksu – drewniane zadaszenie wsparte na bogato rzeźbionych kolumnach, Muzeum Słonia Raja, czyli wypchanego słonia stojącego za szkłem, który do 1988 roku uczestniczył w obchodach świąt oraz dawny pałac królewski.
Tuż za miastem, 7 km od centrum, utworzony został ogród botaniczny Paradenija. Ma wytyczone alejki dla turystów, ale korzystanie z trawników także jest dozwolone. Mnóstwo jest tu drzew i innych roślin, przy których są tabliczki mówiące co to za roślina, jak i jakie jest jej pochodzenie. Warto poświęcić na ten ogród jakieś 3-4 godziny, aby w spokoju podziwiać naturę. Przed wejściem dobrze też wziąć mapę ogrodu – na pewno się przyda.Informacje praktyczne:
– bilet wstępu do Świątyni Relikwii Zęba Buddy, to koszt 1000 Rs/os. ( należy mieć zakryte kolana i ramiona, a buty pozostawić tuż przy budce z biletami);
– przejazd z centrum (tuż przy jeziorze) do ogrodu botanicznego Paradenija to koszt 300Rs w jedną stronę (warto pytać kilku tuk-tuków, bo za przejazd chcieli nawet 700Rs);
– bilet wstępu do ogrodu-1100 Rs za osobę;
– dobre i tanie jedzenie serwują w restauracjach Devon i White House przy głównej ulicy, ale warte polecenia są też piekarnie usytuowane po obu stronach drogi. Mają w nich najlepsze bułki z różnymi nadzieniami (np. ryba, kurczak, jajka, chili);
– spaliśmy w Kandy Paris Hotel, jak do tej pory najlepszy hotel, jaki mieliśmy do tej pory. Znajduje się po drugiej stronie jeziora (jakieś 15-20 min. spacerkiem do centrum). Za pokój z klimatyzacją, ciepłą wodą i wi-fi płaciliśmy 3700Rs.

20130619-162714.jpg

20130619-162707.jpg

20130619-162655.jpg

20130619-162736.jpg

20130619-162724.jpg

20130619-162756.jpg

20130619-163316.jpg

20130619-163602.jpg

20130619-163623.jpg

20130619-163506.jpg

PO DZIESIĄTE – Trójkąt kulturalny cz. III

Dambula – kolejne miejsce na mapie naszej podróży. To zespół buddyjskich świątyń z wieloma wizerunkami i posągami buddy oraz licznymi malowidłami ściennymi. Wybudowana została w I w. p.n.e. i przez kolejnych władców była wciąż rozbudowywana. Obecnie, wpisana na listę UNESCO Rangiri, czyli tzw. Złota Świątynia, składa się z 5 części (jaskiń), w których jest w sumie ponad 150 statuetek buddy. Na kompleks składa się jeszcze Muzeum Buddyjske (mało ciekawe z kolejnymi figurami buddy) wraz z ogromną statuą buddy (tak dla odmiany;)
Udając się do świątyni po prawej stronie czekają na nas budki z biletami. Przed nami ukazują się też ogromne schody prowadzące do muzeum, po prawej stronie figurki mnichów podążających do buddy, a po lewej znajduje się właściwe wejście do świątyni. Tutaj przed nami kolejne wejście po schodach. Mijamy kobiety chcące sprzedać kwiaty, mężczyzn wciskających nam liczne pamiątki oraz małpy wylegujące się na kamieniach. W końcu ukazują nam się strażnicy, którzy sprawdzają bilety oraz Złota Świątynia. Chodzimy, zwiedzamy, jednak nie robi to na nas wielkiego wrażenia. Czujemy, że znów to samo – figurki buddy. Dla nas wszystkie takie same, choć podobno są różne.
Dambula, to miasto pomiędzy Habarana a Kandy. Poza wspomnianą świątynią nie ma niczego do zaoferowania, więc łapiemy kolejny autobus i jedziemy do Kandy.

Informacje praktyczne:
– autobus z Habarana do Dambuli to koszt 45 Rs/os.;
– tuk-tuk z przystanku w Dambuli do świątyni – 200 Rs;
– bilet do świątyni – ok. 2000 Rs/os., ale tutaj mogę się mylić!
– do świątyni trzeba mieć zakryte kolana i bose stopy;
– opłata za przechowywanie bagażu 100 Rs (plecaki zostawiliśmy w muzeum);
– tuk- tuk ze świątyni na przystanek – 150 Rs;
– autobus z Dambuli do Kandy 190 Rs (klimatyzowany mały busik; policzyli nam 3 bilety, bo stwierdzili, że nasze plecaki są za duże).

20130614-212549.jpg

20130614-212616.jpg

20130614-212700.jpg

20130614-212640.jpg

20130614-212833.jpg

20130614-212849.jpg

20130614-212906.jpg

PO DZIEWIĄTE – Trójkąt kulturalny cz. II

Z Polonnaruwa udaliśmy się w dalszą podróż, aby zwiedzić najciekawsze zakątki Cejlonu. Tym razem za cel obraliśmy Sigarije, którą mijaliśmy po drodze i która ułatwiła nam przemieszczenie się na południe Sri Lanki. Z racji, że Pan z tuk-tuka, którego zatrzymaliśmy okazał się przewodnikiem, spędził z nami praktycznie cały dzień.
Na początek Muzeum Sigarija, które mieści się naprzeciw skały. Tam też przed wejściem znajduje się budka z biletami. Oddane do użytku w 2009 roku muzeum nie jest zachwycające. Widać różnicę, która cześć jest zrobiona przez Lankijczyków, a która ufundowana przez Japończyków. Właśnie w tej „japońskiej” części znajduje się makieta skały i okolic, która była najciekawsza z tego wszystkiego.. Z racji, ze wszyscy Lankijczycy chodzą wyłącznie w japonkach, ciekawostką były ponadto historyczne japonki.
Po muzeum przyszedł w końcu czas na zdobycie skały. The Sigarija Rock, to nic innego jak wymysł króla Kassjapy. Taki sobie oto Pan, wymyślił, że chce mieć swoje pałace, baseny, w których kąpią się najpiękniejsze kobiety przywożone z całego świata oraz trony na szczycie skały… Czego się nie robi dla króla, prawda?
Aby dostać się na szczyt, zdobywanie skały rozpoczyna się od fosy, przy której stoją obecnie budki strażników sprawdzających bilety (ta po lewej stronie jest dla zagranicznych turystów). Następnie wchodzimy na teren dawnych ogrodów łazienkowych i basenowych, gdzie były kiedyś przebieralnie dla kobiet króla, salony piękności oraz baseny. Po obejrzeniu dawnego SPA, zaczyna się najtrudniejszy etap -ogrody kaskadowe, czyli schody pomiędzy skałami. Następnie czeka na nas kolejny kontroler biletów, za którym można wejść krętymi schodami do jaskini, w której znajdują się zachowane do dnia dzisiejszego malowidła przedstawiające kobiety króla. Z tego miejsca wchodzimy dalej po schodach aż do platformy lwa. To tutaj znajdowało się główne wejście do prywatnych kwater króla, oznaczone gigantycznymi łapami lwa. To ostatni etap, aby dostać się na górę. Po przejściu metalowymi schodami czekają już na nas tylko ruiny pałacu królewskiego i basenów oraz wspaniałe widoki na okolicę.

20130612-192036.jpg

20130612-192105.jpg

A co było po tym? Spice Garden, czyli ajuwerdyjski ogród przypraw oraz „safari”, a następnie kolacja w domu naszego przewodnika. Miało być prawdziwe safari, a okazało się, że jeździliśmy tuk-tukiem po normalnych drogach, przy których co jakiś czas było widać dzikie słonie. Dlatego jeśli ktoś będzie oferował Wam safari w okolicach Habarany, lepiej weźcie opcję z samochodem, bo okazuje się, że tuk-tukiem nie można wjeżdżać w boczne drogi.
Ciekawa jednak była kolacja z przewodnikiem i jego żoną. Zobaczyliśmy prawdziwe życie mieszkańców Cejlonu, wnętrze ich domu. Dostaliśmy owoce, mięso z bawoła, smażone rybki i oczywiście tradycyjne i wszechobecne „rice and curry.” Nuwan (takie było jego imienia) namawiał nas, byśmy polecali go w wszystkim z naszego kraju, ale obawiam się, ze to nie jest dobry pomysł, bo jeżdżąc z nami był nieźle pijany po wypiciu dwóch piw (8,8% każde). Teraz nam do śmiechu, ale jadąc z nim, momentami nie było już tak śmiesznie..

Informacje praktyczne:
– aby dotrzeć do Sigarija zatrzymaliśmy się w Habarana. Spaliśmy w Derana Guest House (ostatni budynek po lewej stronie jadąc w stronę Kandy). Cena wyjściowa za pokój z AC i ciepłą wodą, to 3500 Rs. Obniżyliśmy cenę do 3000 Rs, a na drugi dzień do 2500 Rs, z racji, że miał być internet, a go nie było. Wielkie było nasze zdziwienie, że po zjedzonym u nich śniadaniu, właściciel nie miał pieniędzy na wydanie, więc posiłek dostaliśmy gratis:) Warto zaznaczyć, ze wokół mnóstwo jest najróżniejszych handlarzy i raczej mieliby gdzie rozmienić pieniądze, ale to już nie nasz problem..
– bilet do Sigarija, to koszt 3750 Rs od osoby (muzeum i skała). Zaopatrzcie się przed wejściem w butelkę wody, bo po drodze nie ma gdzie kupić;
– za dojazd do Sigarija z Habarany (ok. 20 km w dwie strony) zapłaciliśmy 800Rs;
– za „safari” tuk-tukiem w okolicach Habarany (ok. 1h) oraz lankijską kolację w domu przewodnika płaciliśmy 2000 Rs (+1000 Rs daliśmy napiwku dla jego żony, która przygotowywała potrawy);
– wejście do Spice Garden bezpłatne. Właściciel opowiada o każdej z przypraw (np. curry, kolendra, ananasy, wanilia, aloes), przy czym liczy, że w jego sklepie zakupi się jakiś produkt. Kupiliśmy czarny pieprz za 250 Rs.

20130612-192617.jpg

20130612-192639.jpg

20130612-192711.jpg

20130612-192656.jpg

20130612-194347.jpg

20130612-194421.jpg

20130612-192735.jpg

20130612-194954.jpg

20130612-195120.jpg

20130612-195018.jpg

20130612-195006.jpg

20130612-203154.jpg

20130612-203441.jpg

PO SIÓDME – ryby, ryby albo nic..

Dziś za wiele nie będziemy pisać. Pooglądajcie lepiej zdjęcia:) Z racji, że jest Sri Lanka i jest woda, to jaki jest tu częsty widok? Zdecydowanie rybacy! Rybołóstwem zajmuje się chyba każdy kto mieszka przy wybrzeżu. Przede wszystkim mężczyźni. Kobiety natomiast sortują ryby i wyrzucają glony. Co ciekawe, do wyciągnięcia jednej sieci rybackiej, potrzebnych jest ok. 30 mężczyzn. Cały proceder wyciągnięcia sieci trwa 1,5 h. Czasami połów się udaje, a czasami… Zobaczcie poniżej..

20130607-194954.jpg

20130607-195039.jpg

20130607-195055.jpg

20130607-195109.jpg

20130607-195119.jpg

20130607-195207.jpg

20130607-195127.jpg

20130607-195134.jpg

20130607-195214.jpg

20130607-195222.jpg