PO TRZYDZIESTE PIĄTE – północne Chiang Mai

Po 27-godzinnej podróży różnymi środkami transportu, w tym 16-godzinnej podróży pociągiem, wysiadamy w końcu na północy. CHIANG MAI! Jesteśmy!

Już po kilku minutach na dworcu, później w drodze do centrum, oboje czujemy, że to jest to. To jest to miasto, które najlepiej będzie kojarzyć nam się z Tajlandią. Właśnie to miasto, które będzie nam przypominać zapach i kolor Azji.  Mijane uliczne sklepiki, małe restauracyjki, handlarki sprzedające ręcznie plecione bransoletki, uśmiechnięci ludzie.. to wszystko sprawiło, że Chiang Mai stało się dla nas drugim wietnamskim Hoi Ann, w którym się zakochaliśmy od pierwszego wejrzenia!

image

DSC06672

DSC06728

Ci, którzy odwiedzają to miasto, często zostają tu dłużej niż planowali. I wcale im się nie dziwię. My spędziliśmy tu tydzień, a spędzlibyśmy tu jeszcze kolejny. W przewodniku wyczytałam, że tak, jak w Polsce trwa rywalizacja między Warszawą i Krakowem, tak w Tajlandii jest podobnie z Bangkokiem i Chiang Mai. Chyba coś w tym jest, choć dla mnie to dwa zupełnie odmienne miasta. Chiang Mai to przede wszystkim spokój i nastrojowość. Pisząc z perspektywy czasu, chyba coraz trudniej znaleźć mi odpowiednie słowa charakteryzujące to miejsce, ze względu na „to coś”. Turystów przyciąga tu Stare Miasto otoczone fosą i starożytne mury, teraz raczej ruiny, z odrestaurowanymi bramami. To właśnie tuż za murami, w każdą niedzielę, rozkłada się targ uliczny wzdłuż ulicy Ratchadamnoen, począwszy od głównej bramy Tha Phae. Między godziną 18, a 24 możemy zrobić największe i najtańsze zakupy w Tajlandii. To tu możemy zjeść najdziwniejsze i najlepsze dania tego azjatyckiego kraju z ulicznych garkuchni. Poza niedzielą, w każdy inny dzień możemy udać się na nocny bazar. Wystarczy zapytać, a każdy wskaże drogę.

Chiang Mai to miasto, gdzie znajdziemy ok. 300 świątyń buddyjskich. Idąc ulicą, kierując się na prawo, na lewo, wychodząc zza rogu, wchodząc w zaułek.. wszędzie natkniemy się na bogato zdobione świątynie. Chcąc, czy też nie, do kilku lub kilkunastu z nich na pewno wejdziecie. Ta północna perełka to nie tylko miasto samo w sobie. To piękne, górzyste okolice, ale też baza wypadowa dla wybierających się do Birmy lub udających się w jeszcze dalszą północ.

image

image

image

image

DSC06757 DSC06749

Jaka jest więc północ? Na pewno przyjazna! To tu poznaliśmy niesamowitych ludzi, pewne tajsko – francuskie małżeństwo, którzy pokazali nam Tajlandię z tej mniej turystycznej strony i u których czuliśmy się po raz pierwszy nie jak klienci, a goście.. Chcecie ich poznać? Jedźcie do nich!

image

Informacje praktyczne:

– pociąg relacji Bangkok – Chiang Mai (express, 2 klasa) bilet 581 bath – dolne łóżko, 531 bath – górne łóżko (dziecko bez płatnego biletu);

– hotele, guesthouse’y zlokalizowane są głównie poza murami Starego Miasta lub w okolicy 1 kilometra. Warto chodzić, pytać, bo ceny są różne (od 200 bath za dwuosobowy pokój i więcej);

– z braku miejsc zatrzymaliśmy się w dwóch innych guesthousach, ale szczególnie polecamy Baan Rao Chez Nous. Przesympatyczni właściciele 🙂 (znajdziecie ich na facebook i tripadvisor);

– jeśli planujecie zakupy, kupno pamiątek – zróbcie to w Chiang Mai. Ceny są niższe niż te w Bangkoku.

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

DSC06759

DSC06760

DSC04959

PO TRZYDZIESTE CZWARTE – aktywnie po wyspie

Jadąc na Koh Chang myśleliśmy, że jedyne co nas czeka to lenistwo na plaży. Generalnie wolimy bardziej aktywny wypoczynek, ale wizja leniuchowania po mega intensywnej pracy  przed ulopem była w tym momencie jedyną rzeczą o jakiej marzyliśmy. Tydzień spędzony na wyspie okazał się na szczęście nie tylko plażą i wodą. Ta trzydziestokilometrowa wyspa miała więcej do zaoferowania niż niejednokrotnie znany i reklamowany region. Kolejny dzień to kolejne odkrycie. Tym razem to wodospad Khlong Phlu. Łatwo dostępny z zachodniego wybrzeża, tego bardziej „turystycznego” był więc też bardziej oblegany. Gdzie dokładnie jest możecie podejrzeć na mapce klikając tutaj.

Od głównej drogi idziemy spacerkiem 2 km. Po lewej stronie słonie. Po prawej farma węży i krokodyli, do której Tajowie zachęcają nas krzycząc coś po rosyjsku (chyba mówiłam Wam, że 95 % tutejszych turystów, to właśnie Rosjanie?). Show z udziałem tych zwierzaków odbywa sie tu dwa razy dziennie. My ograniczamy się jedynie do oglądania ich zza siatki i idziemy dalej. Dochodzimy do głównej bramy, kupujemy bilety i idziemy jeszcze 500 m do wodospadu.

image

Co prawda o tej porze roku, w porze suchej Khlong Phlu może nie jest tak okazały jak pewnie podczas monsunu, ale i tak, taki widok to jest właśnie to, na co czekamy i czego oczekujemy od naszych podróży..

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

PO TRZYDZIESTE DRUGIE – Bang Bao

Na południu wyspy Koh Chang ulokowana jest mała wioska rybacka Bang Bao. Domy na palach, połączone siecią pomostów są obecnie niezłym centrum turystycznym. Stały się one rzędem kolorowych straganów, ale skręcając w którąś z bocznych „uliczek” możemy odnaleźć prawdziwe domy rybaków. Jest nawet możliwość znalezienia noclegu w jednym z takich domów. Działają tu także liczne restauracje i małe lokalne restauracyjki, gdzie Pad Thai’a (znakomite tajlandzkie noodle) kupimy nawet za 30 bath.

To właśnie z przystani w Bang Bao wypływają statki z turystami, którzy wykupili w lokalnych biurach podróży nurkowanie, snorkelling, czy też inną wycieczkę opływającą okoliczne wyspy.

image

Informacje praktyczne:
– do Bang Bao co chwilę kursują taksówki, tzw. songthaewy. Cena za przejazd z Klong Prao Beach to 150 bath/os. Można się targować, ale jest ciężko;
– jadąc z Klong Prao do Bang Bao po prawej stronie można zatrzymać się w punkcie widokowym.

image

image

image

image

PO TRZYDZIESTE PIERWSZE – Koh Chang

Jak urlop, to relaks i lenistwo. Jak lenistwo, to plaża i woda. Jak woda, to słońce. No właśnie, słońce. Planując urlop zimą, to albo słońce, góry, śnieg i narty, albo ciepłe kraje. Tym razem znów padło na ciepłe kraje, właściwie jeden ciepły kraj – Tajlandię! Wykorzystując już w styczniu kilka dni zaległego urlopu i jeszcze więcej z bieżącego decyzja zapadła – jedziemy na 4 tygodnie. Tak, żebyśmy zdążyli się zmęczyć zwiedzaniem i zdążyli odpocząć pod palmami. Tak więc po kilku dniach  w Bangkoku jedziemy na Koh Chang! Wyspę oddaloną o ok. 350 km. od stolicy.

W centralnej części wyspa jest górzysta, pokryta lasami deszczowymi, z licznymi wodospadami. Na efektownych plażach usytuowane są głównie hotele i resorty, obsługiwane przez biura podróży i organizowane w szczególności dla Rosjan, ale znaleźć też można bungalowy dla mniej wymagających turystów ceniących raczej bliskość natury, niż basen przy plaży. Mimo to każdy może leniwie spędzić tu czas, korzystając z masaży na plaży lub z organizowanych wycieczek na pobliskie wyspy.

imageŹródło: http://www.volandovoyviajes.es

Plaże zachodniego wybrzeża wyspy usilnie konkurują między sobą o każdego przyjeżdżającego turystę. Nurkowanie, kajaki, rejsy statkiem, przejażdżki na słoniach, krokodyle, wędkowanie. My wybraliśmy Klong Prao Beach. Woda czysta, turkusowa,  z łagodnym wejściem. A przy tym rewelacyjne lokalne restauracje. Godne polecenia są również White Sand Beach (trochę wyższe ceny, głównie hotele) i Lonely Beach.

image

image

image

image Masaż na plaży

image

Na Sri Lance tak bardzo podobało nam się nurkowanie z fajką, że w Tajlandii był to obowiązkowy punkt programu. Na Koh Chang jest mnóstwo biur podróży ulokowanych przy głównej drodze oferujących podobne rozrywki. Wybraliśmy ofertę 1 dzień, 5 wysp. Za tę cenę warto zapełnić sobie cały dzień, ale uczestników może być nawet kilkadziesiąt osób.

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image Najlepsi kucharze w naszej ulubionej knajpce na Koh Chang

Informacje praktyczne:
– na trasę Bangkok – Koh Chang wynajęliśmy prywatnego busa – 5000 bath; podróż trwa 7 h;
– snorkelling na 5 okolicznych wysp to koszt 600 bath/os. ( w cenie napoje, owoce, lunch, maska, rurka; płetwy dodatkowo 100 bath) – warto, choć rafa koralowa na Koh Chang nie jest oszałamiająca);
– na pierwszy nocleg zatrzymaliśmy się w V.J. Residence – 1300 bath za pokój dwuosobowy;
– kolejne noclegi to bungalowy na plaży – K.P. Huts – miejsce warte polecenia. Domek w pierwszym rzędzie na plaży 1000 bath z łazienką i ciepłą wodą. Kolejne rzędy: domek z łazienką 700 bath, bez łazienki (są wspólne podobnie jak na kempingach) 400 bath;

– wypożyczenie skutera – 250 bath/doba (oficjalnie trzeba posiadać międzynarodowe prawo jazdy, w rzeczywistości nie trzeba mieć nic);
– tajski masaż na plaży 250 bath/h;
– godzinna jazda na słoniu 500 bath/os., dodatkowo owoce dla słonia 50 bath.

image

image

Wakacje w styczniu? Jesteśmy zdecydowanie na tak!

PO DWUDZIESTE PIĄTE – wioski na wodzie

Możliwe jest mieszkać na wodzie? Nie na statku, a w domu? Gdyby ktoś zadał mi to pytanie jakieś 2-3 lata temu, powiedziałabym, że nie. Podróż do Wietnamu otworzyła nam oczy na inne życie. Na możliwe inne życie. Nie przypuszczałabym, że gdzieś pośród wód zatoki jest wioska – są domy, jest szkoła, świątynia, farma, której pilnują psy.

DSC00338

DSC00322 Psy pilnujące interesu

DSC00315 Statki transportujące wodę pitną do wioski

DSC00308

DSC00305

Drugi dzień, który spędziliśmy na Ha Long rozpoczął się intensywnie. Jako jedyni z naszej grupy, mieliśmy wykupioną wycieczkę trzydniową, a nie dwudniową. Dla nas okazało się to o tyle lepsze, że drugi dzień spędziliśmy w gronie naszej czwórki na zupełnie nowym statku, z czteroosobową obsługą. Przesiedliśmy się więc na drugi statek i płyniemy 1,5 godziny w głąb zatoki. Wietnamczycy pokazują nam, że mamy się przesiąść na kajaki. Nasi przyjaciele wsiadają, ale śmiejemy się, że pewnie nie mają wioseł. Chwila poruszenia, nasza obsługa biega po statku i co? Okazuje się, że wioseł nie ma 😀 Wracamy z powrotem i od pierwszego płynącego statku je pożyczamy. Płyniemy dalej i w końcu możemy rozsmakować się w fantastycznych widokach. Niewielkie fale kołyszą naszym kajakiem, podpływamy pod skały, wpływamy w jaskinie. W końcu nasz przewodnik kieruje nas do wioski rybackiej. To tak naprawdę mała wioseczka z kilkunastoma domami, gdzie życie toczy się niby normalnie, ale jednak inaczej.  Jest prąd, internet (!), sklepy na łodziach. Podpływamy bliżej, z domów wybiegają miejscowe dzieci i pokazując na budynek krzyczą „school, school!”. Postanawiamy wysiąść na chwilkę i prowadzeni za ręce idziemy do szkoły. Od naszego przewodnika dowiadujemy się, że nauczycielami są tu wolontariusze, którzy przypływają do wioski od poniedziałku do piątku, a weekendy spędzają na lądzie.

DSC00333

DSC00306

DSC00302

DSC00296

DSC00293

Płyniemy dalej po wiosce, następnie znów pośród skał. Próbujemy zapamiętać widoki, nie chcemy by cokolwiek nam umknęło. Robimy przerwę na obiad. Świeże krewetki, kalmary, sajgonki.. Czego chcieć więcej? Chłopacy skaczą ze statku, pływamy. Jest błogo, udzieliło nam się przyjemne zmęczenie.. Wsiadamy raz jeszcze w kajaki i  czujemy Ha Long. Ten zapach, widok, atmosferę..

DSC00369

DSC00382

DSC00427

DSC00360

Niech tak zostanie, bo dzień dobiega końca..

DSC00488

PO DWUDZIESTE – Paris, Paris..

Paryż poznaliśmy osobno – Mąż kilka dobrych lat wcześniej, a Żona w pewien wydłużony, zeszłoroczny, marcowy weekend.

Żona zaczęła od zakupu przewodnika, a raczej dwóch przewodników. Zaopatrzona w mapy, informacje jak dostać się do miejsca noclegu i przede wszytskim doborowe towarzystwo, wsiadła na pokład samolotu, by jak najwięcej zaczerpnąć ze światowej stolicy mody.

Co Żona chciała zobaczyć? Wszystko, co było do zobaczenia przez kilka dni. Atrakcje, zabytki, mosty, muzea. Co Żonę zachwyciło? Wino, croissanty, bagietki i tłumy ludzi wypoczywających na polach marsowych tuż pod wieżą Eiffla. Co Żonę rozczarowało? Brudne i śmierdzące ulice Paryża.. Niestety, ale śmietników tam, jak na lekarstwo..

5 dni w Paryżu spokojnie wystarczy na odwiedzenie najważniejszych miejsc i zabytków. Sezon turystyczny trwa przez cały rok. Byłyśmy w marcu, a i tak nie uniknęłyśmy kolejek do Luwru, czy też wieży Eiffla.

Swoją podróż rozpoczęłyśmy właśnie od największego symbolu Francji – wieży Eiffla. Wysiadłyśmy na stacji Trocadéro i tuż po wyjściu z metra, z tarasu pomiędzy dwoma skrzydłami Palais de Chaillot, ujrzałyśmy ponad 300 metrową wieżę. To tu znajduje się chyba najlepsze miejsce do zrobienia najlepszych zdjęć, aby uchwycić w kadrze wieżę w całości. W okolice wieży wracałyśmy kilkakrotnie – aby wjechać na górę (bilet na trzeci poziom 13,10€), aby poleniuchować na polach marsowych i wieczorem, aby zobaczyć migoczące lampki.

IMG_0810

IMG_0823

Z wieży Eiffla roztacza się widok na niezniszczone na przestrzeni lat budynki Paryża. Piaskowe domy, równy układ ulic, w oddali katedra Sacré-Coeur i bliżej Łuk Triumfalny. To właśnie tu trafiłyśmy chyba na jakieś obchody państwowe, bo okolica łuku była wyłączona. Idąc wzdłuż Pól Elizejskich, następnie spacerujac przez ogrody Tuilerie, dotarłyśmy do największego muzeum na świecie – Luwru (bilety 6-9,50€). Znajdując wieczny uśmiech Mona Lisy i tak naprawdę spacerując bez określonego celu po korytarzach Luwru, stwierdziłyśmy, że żadne z nas znawczynie sztuki, więc czas na katedrę Notre Dame..

Luwr

Łuk Triumfalny

A tam? Chyba każdy z nas pamięta bajkę „Dzwonnik z Notre Dame”? Quasimodo, piękną Esmeraldę i charakterystyczną wielką rozetę okienną? W związku z tym, że jest to jedna z moich ulubionych bajek z dzieciństwa, był to obowiązkowy punkt w zwiedzaniu francuskiej stolicy. Mimo, że w Paryżu byłam pierwszy raz, to można powiedzieć, że katedrę widziałam po raz drugi. Jak to możliwe?? Podczas pobytu w Wietnamie juz  raz podziwiałam katedrę, tyle że wybudowaną z czerwonej cegły. Wiadomo, że Wietnam był kolonią francuską. A że Francuzom zachciało się pięknych zabytków w Sajgonie, to przewieźli cegły i w azjatyckim kraju wybudowali drugą katedrę na wzór tej z Paryża. Różnica? Przede wszystkim liczba turystów. W Paryżu mnóstwo, natomiast w Wietnamie turyści byli bardziej zainteresowani zabytkową pocztą ulokowaną tuż obok niż samą katedrą. Cóż.. każdy znajdzie coś dla siebie.

Wracając do Paryża, to niekwestionowanym zwycięzcą okazało się Musée d’Orsay (9,50€). Niesamowity budynek muzeum, który niegdyś był dworcem, do którego przyjeżdzały i skąd odjeżdżały pociągi, jest obecnie zbiorem ciekawych rzeźb, zdjęć, rękodzieła, modeli architektonicznych oraz prac impresjonistycznych. To właśnie sztuka impresjonistów, już trochę bliższa naszym czasom okazała się wypełnieniem kilku naszych godzin.

Znad brzegu Sekwany przeniosłyśmy się na artystyczne wzgórze – Montmartre. Na szczycie wzgórza wznosi się katedra Sacré-Coeur, do której wiodą setki schodów oraz z drugiej strony strome uliczki pełne kawiarni, małych, klimatycznych restauracyjek. Jeśli mielibyście więcej czasu warto udać się do winnicy usytuowanej tuż za Sacré-Coeur albo po prostu przejść się między uliczkami, chłonąc atmosferę i unoszący się zapach świeżo mielonej kawy i ciepłych croissantów.

Sacré-Coeur

Na koniec zostawiłyśmy sobie nowoczesną i biznesową dzielnicę La Défense oraz Grande Arche – łuk, będący współczesną odpowiedzią na  Łuk Triumfalny. Ciekawy? Kwestia gustu. Dla mnie trochę niepasujący do całego obrazu Paryża, ale kilka dobrych lat wcześniej wywarł on niesamowite wrażenie na mojej drugiej Połówce 🙂

Informacje praktyczne:

– lot na trasie Poznań Ławica – Paris Beauvais wyniósł nas ok. 300 zł/os. w dwie strony; warto sprawdzać, bo bilety można znaleźć w jeszcze niższych cenach;

– po wyjściu z lotniska podstawione są autobusy do centrum Paryża (Porte Maillot – ok. 1,5 h) – bilety do nabycia w maleńkiej budce tuż obok; w 2012 – 15 €/os (na jakimś forum natknęłam się na informację, że obecnie to 16€);

– w Paryżu zatrzymałam się u pewnej Polki oferującej pokoje do wynajęcia. W internecie jest masa podobnych ogłoszeń, więc niekoniecznie trzeba zatrzymać się w którymś z drogich hoteli (cena ok. 30 €/doba);

– transport publiczny jest bardzo dobrze rozwinięty (metro, autobusy, kolej miejska RER). W pierwszym punkcie informacyjnym dostałyśmy mapę, z której korzystałyśmy przez cały pobyt i wierzcie mi – tam nie można się zgubić! Zaopatrzyłyśmy się też w 3-dniowy karnet „Paris Visite” (z tego co pamiętam wyniósł on ok. 22 €) oraz kilka pojedynczych biletów;

– można też poruszać się Batobusem, czyli niewielkim statkiem wycieczkowym pływającym po Sekwanie. Nie pamiętam dokładnej ceny, ale była dość wysoka, dlatego ominęłyśmy ten punkt.

PO CZTERNASTE – Arugam Bay

Przyzwyczajeni do lankijskich ponad 30-stu stopni, chcieliśmy jak najszybciej uciec z 15-sto stopniowego regionu Nuwara Elija. Nie to, że nie podobały nam się krajobrazy, że nie byliśmy zachwyceni otoczeniem herbat. Po prostu przez spędzone w tym miejscu zaledwie dwa dni, cierpieliśmy na brak słońca 😉 Ruszyliśmy znów na wschód.
Po kilkugodzinnej podróży z kilkoma przesiadkami dostaliśmy się wprost do krainy surferów. To miejsce wręcz stworzone dla nich. Ogromne, załamujące się fale, mnóstwo sklepów i wypożyczalni desek. Kilka szkółek surfingu i wiele knajp. Hotel przy hotelu, tuk-tuk przy tuk-tuku. Arugam Bay to chyba najbardziej turystyczne miejsce, do którego dotarliśmy do tej pory na Sri Lance. Mimo to, miało w sobie jakiś klimat, przez który i dzięki któremu zostaliśmy w tym miejscu trochę dłużej niż planowaliśmy..

Informacje praktyczne:

– z Nuwara Elija dostaliśmy się autobusem do Badulla (112 Rs od osoby), następnie z Badulla do Monaragala (105 Rs od osoby), z Monaragala do Pottuvil (150Rs od osoby) i z Pottuvil do Arugam (2,5 km) tuk-tukiem za 150 Rs;

– nocleg: zatrzymaliśmy się w Hotel Beach Coral – dla nas jedno z najlepszych i najtańszych miejsc na wyspie. Za pokój z wiatrakiem, standardowo z łazienką, werandą i wi-fi płaciliśmy 1000 Rs (!);

– nie warto szukać na siłę pokoju z ciepłą wodą. Praktycznie wszędzie oferują zimną, która i tak okazuje się ciepła. Poza tym, przy takich upałach marzyliśmy tylko o zimnej;

– przy głównej ulicy jest mnóstwo restauracyjek oferujących lokalne i nie tylko jedzonko – ceny raczej wszędzie podobne, a taniej niż w hotelowej restauracji (bardzo dobre zupki w knajpce „Why not?”)

– warto się przejść wzdłuż plaży – można znaleźć naprawdę dziewicze, bezludne miejsca!

– do Pottuvil można pojechać po zakupy – jest market i targ, gdzie można kupić tańsze produkty niż w Arugam;

– Arugam Bay jest odpowiednie dla tych, którzy chcą „powalczyć” z falami. Pływać się tu normalnie raczej nie da, ale Szymek miał dobrą zabawę stawiając czoła ogromnym falom 🙂

20130711-220349.jpg

20130711-220402.jpg

20130711-220415.jpg

20130711-221352.jpg

20130711-221359.jpg
20130711-220434.jpg

20130711-220441.jpg

20130711-220502.jpg

20130711-220508.jpg

20130711-220518.jpg

20130711-220525.jpg

20130711-220539.jpg

20130711-220545.jpg

20130711-220555.jpg

20130711-220614.jpg

20130711-220622.jpg

<a

PO JEDENASTE – Trójkąt kulturalny cz. IV

Kandy, to ostatni punkt w Trójkącie Kulturalnym. To historyczne miasto, z jeziorem w centrum, także wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO, na tyle nas zafascynowało, że zostaliśmy tu aż cztery dni. Właściwie nie wiemy dlaczego tak zachwyciliśmy się tym miejscem, ale potraktowaliśmy je nie tylko jako miejsce zwiedzania, punkt wypadowy do innych atrakcji, ale też jako właściwe miejsce do obserwowania życia ulicznego, mieszkańców i ich zwyczajów.
Kandy, to czwarte co do wielkości miasto na Sri Lance. W przeszłości było wielokrotnie atakowane przez Holendrów, Portugalczyków i Anglików, jednak nigdy nikomu nie udało się go zdobyć. Obecnie, przyciąga tłumy turystów chcących odwiezić Świątynię Relikwii Zęba Buddy ( właściwie Sri Dalada Maligawa), czyli jedną z największych atrakcji na wyspie. Z naszej strony, nie rozumiemy fenomenu tej świątyni. Oczywiście dla wyznawców buddyzmu ma ona ogromne znaczenie, ale dla nas, wyznawców innej religii, nie była ona niczym szczególnym. Być może dlatego, że nie czuliśmy jej klimatu…
To co na nas zrobiło wrażenie, to tysiące kwiatów przynoszonych w ofierze. Chyba najbardziej utwiły nam one w pamięci. Warto jednak zobaczyć resztę kompleksu – drewniane zadaszenie wsparte na bogato rzeźbionych kolumnach, Muzeum Słonia Raja, czyli wypchanego słonia stojącego za szkłem, który do 1988 roku uczestniczył w obchodach świąt oraz dawny pałac królewski.
Tuż za miastem, 7 km od centrum, utworzony został ogród botaniczny Paradenija. Ma wytyczone alejki dla turystów, ale korzystanie z trawników także jest dozwolone. Mnóstwo jest tu drzew i innych roślin, przy których są tabliczki mówiące co to za roślina, jak i jakie jest jej pochodzenie. Warto poświęcić na ten ogród jakieś 3-4 godziny, aby w spokoju podziwiać naturę. Przed wejściem dobrze też wziąć mapę ogrodu – na pewno się przyda.Informacje praktyczne:
– bilet wstępu do Świątyni Relikwii Zęba Buddy, to koszt 1000 Rs/os. ( należy mieć zakryte kolana i ramiona, a buty pozostawić tuż przy budce z biletami);
– przejazd z centrum (tuż przy jeziorze) do ogrodu botanicznego Paradenija to koszt 300Rs w jedną stronę (warto pytać kilku tuk-tuków, bo za przejazd chcieli nawet 700Rs);
– bilet wstępu do ogrodu-1100 Rs za osobę;
– dobre i tanie jedzenie serwują w restauracjach Devon i White House przy głównej ulicy, ale warte polecenia są też piekarnie usytuowane po obu stronach drogi. Mają w nich najlepsze bułki z różnymi nadzieniami (np. ryba, kurczak, jajka, chili);
– spaliśmy w Kandy Paris Hotel, jak do tej pory najlepszy hotel, jaki mieliśmy do tej pory. Znajduje się po drugiej stronie jeziora (jakieś 15-20 min. spacerkiem do centrum). Za pokój z klimatyzacją, ciepłą wodą i wi-fi płaciliśmy 3700Rs.

20130619-162714.jpg

20130619-162707.jpg

20130619-162655.jpg

20130619-162736.jpg

20130619-162724.jpg

20130619-162756.jpg

20130619-163316.jpg

20130619-163602.jpg

20130619-163623.jpg

20130619-163506.jpg

PO DZIEWIĄTE – Trójkąt kulturalny cz. II

Z Polonnaruwa udaliśmy się w dalszą podróż, aby zwiedzić najciekawsze zakątki Cejlonu. Tym razem za cel obraliśmy Sigarije, którą mijaliśmy po drodze i która ułatwiła nam przemieszczenie się na południe Sri Lanki. Z racji, że Pan z tuk-tuka, którego zatrzymaliśmy okazał się przewodnikiem, spędził z nami praktycznie cały dzień.
Na początek Muzeum Sigarija, które mieści się naprzeciw skały. Tam też przed wejściem znajduje się budka z biletami. Oddane do użytku w 2009 roku muzeum nie jest zachwycające. Widać różnicę, która cześć jest zrobiona przez Lankijczyków, a która ufundowana przez Japończyków. Właśnie w tej „japońskiej” części znajduje się makieta skały i okolic, która była najciekawsza z tego wszystkiego.. Z racji, ze wszyscy Lankijczycy chodzą wyłącznie w japonkach, ciekawostką były ponadto historyczne japonki.
Po muzeum przyszedł w końcu czas na zdobycie skały. The Sigarija Rock, to nic innego jak wymysł króla Kassjapy. Taki sobie oto Pan, wymyślił, że chce mieć swoje pałace, baseny, w których kąpią się najpiękniejsze kobiety przywożone z całego świata oraz trony na szczycie skały… Czego się nie robi dla króla, prawda?
Aby dostać się na szczyt, zdobywanie skały rozpoczyna się od fosy, przy której stoją obecnie budki strażników sprawdzających bilety (ta po lewej stronie jest dla zagranicznych turystów). Następnie wchodzimy na teren dawnych ogrodów łazienkowych i basenowych, gdzie były kiedyś przebieralnie dla kobiet króla, salony piękności oraz baseny. Po obejrzeniu dawnego SPA, zaczyna się najtrudniejszy etap -ogrody kaskadowe, czyli schody pomiędzy skałami. Następnie czeka na nas kolejny kontroler biletów, za którym można wejść krętymi schodami do jaskini, w której znajdują się zachowane do dnia dzisiejszego malowidła przedstawiające kobiety króla. Z tego miejsca wchodzimy dalej po schodach aż do platformy lwa. To tutaj znajdowało się główne wejście do prywatnych kwater króla, oznaczone gigantycznymi łapami lwa. To ostatni etap, aby dostać się na górę. Po przejściu metalowymi schodami czekają już na nas tylko ruiny pałacu królewskiego i basenów oraz wspaniałe widoki na okolicę.

20130612-192036.jpg

20130612-192105.jpg

A co było po tym? Spice Garden, czyli ajuwerdyjski ogród przypraw oraz „safari”, a następnie kolacja w domu naszego przewodnika. Miało być prawdziwe safari, a okazało się, że jeździliśmy tuk-tukiem po normalnych drogach, przy których co jakiś czas było widać dzikie słonie. Dlatego jeśli ktoś będzie oferował Wam safari w okolicach Habarany, lepiej weźcie opcję z samochodem, bo okazuje się, że tuk-tukiem nie można wjeżdżać w boczne drogi.
Ciekawa jednak była kolacja z przewodnikiem i jego żoną. Zobaczyliśmy prawdziwe życie mieszkańców Cejlonu, wnętrze ich domu. Dostaliśmy owoce, mięso z bawoła, smażone rybki i oczywiście tradycyjne i wszechobecne „rice and curry.” Nuwan (takie było jego imienia) namawiał nas, byśmy polecali go w wszystkim z naszego kraju, ale obawiam się, ze to nie jest dobry pomysł, bo jeżdżąc z nami był nieźle pijany po wypiciu dwóch piw (8,8% każde). Teraz nam do śmiechu, ale jadąc z nim, momentami nie było już tak śmiesznie..

Informacje praktyczne:
– aby dotrzeć do Sigarija zatrzymaliśmy się w Habarana. Spaliśmy w Derana Guest House (ostatni budynek po lewej stronie jadąc w stronę Kandy). Cena wyjściowa za pokój z AC i ciepłą wodą, to 3500 Rs. Obniżyliśmy cenę do 3000 Rs, a na drugi dzień do 2500 Rs, z racji, że miał być internet, a go nie było. Wielkie było nasze zdziwienie, że po zjedzonym u nich śniadaniu, właściciel nie miał pieniędzy na wydanie, więc posiłek dostaliśmy gratis:) Warto zaznaczyć, ze wokół mnóstwo jest najróżniejszych handlarzy i raczej mieliby gdzie rozmienić pieniądze, ale to już nie nasz problem..
– bilet do Sigarija, to koszt 3750 Rs od osoby (muzeum i skała). Zaopatrzcie się przed wejściem w butelkę wody, bo po drodze nie ma gdzie kupić;
– za dojazd do Sigarija z Habarany (ok. 20 km w dwie strony) zapłaciliśmy 800Rs;
– za „safari” tuk-tukiem w okolicach Habarany (ok. 1h) oraz lankijską kolację w domu przewodnika płaciliśmy 2000 Rs (+1000 Rs daliśmy napiwku dla jego żony, która przygotowywała potrawy);
– wejście do Spice Garden bezpłatne. Właściciel opowiada o każdej z przypraw (np. curry, kolendra, ananasy, wanilia, aloes), przy czym liczy, że w jego sklepie zakupi się jakiś produkt. Kupiliśmy czarny pieprz za 250 Rs.

20130612-192617.jpg

20130612-192639.jpg

20130612-192711.jpg

20130612-192656.jpg

20130612-194347.jpg

20130612-194421.jpg

20130612-192735.jpg

20130612-194954.jpg

20130612-195120.jpg

20130612-195018.jpg

20130612-195006.jpg

20130612-203154.jpg

20130612-203441.jpg

PO ÓSME – Trójkąt kulturalny cz. I

Trójkąt kulturalny to obszar Sri Lanki, na którym znajduje się najwięcej zabytków tego kraju wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Trzy główne miejsca, które połączone dają trójkąt, to Anuradhapura, Polonnaruwa oraz Kandy. Pomiędzy nimi są jeszcze Sigirija, a także Dambula. Dziś będzie o Polonnaruwa.
Z Trincomalee dostaliśmy się do tego miejsca lokalnymi środkami transportu. Mnóstwo jest tu naganiaczy autobusowych, więc znalezienie odpowiedniego autobusu nie było problemem. Wystarczy powiedzieć gdzie się chce jechać (oczywiście mówiąc kilku osobom, bo każdy mówi czasami coś innego), a wskazany zostanie właściwy autobus. Praktycznie nie ma tu czegoś takiego jak rozkład jazdy, bowiem autobusy odjeżdżają co kilka lub kilkanaście minut.
Polonnaruwa to miasto, w którym zobaczyć można ruiny pałacu królewskiego, baseny królewskie, spisane w kamieniu osiągnięcia jednego z władców oraz świątynie z posągami buddy sprzed dwóch ostatnich stuleci. To miasto dla miłośników historii, aczkolwiek nas zachwycił kunszt rzeźbiarzy w kamieniu.

Informacje praktyczne:
– z Trincomalee wsiedliśmy do autobusu jadącego do Colombo. Wysiedliśmy w Habarana i następnie wybraliśmy autobus do Polonnaruwa (kierunek Batticaola). Do Habarana autobus jechał 2h (koszt 160Rs), następnie do Polonnaruwa 1h (koszt 128Rs);
– spaliśmy w Manel Guest House – przyjemny za 2000 Rs, ale bez AC i ciepłej wody, za to z internetem w pokoju i mnóstwem komarów 🙂 Są dostępne jeszcze inne pokoje z AC i ciepłą wodą, ale wzięliśmy najtańszą opcję. Duży plus za bliskość centrum, dobrą restaurację i dowiezienie na przystanek w ramach „hotel service”;
– bilet wstępu do Muzeum Archeologicznego i pozostałych zabytków to koszt 25$ od osoby. Z racji, że zabytki są dość daleko od siebie trzeba wynająć tuk-tuka. W guest hous’ie trafiliśmy na Pana, który za 5500 Rs obwiózł nas po wszystkich zabytkach. Minus taki, że zrobił to bez biletów, więc nie byliśmy w muzeum, ale z drugiej strony to prawie 50$, czyli tyle, ile zapłacilibyśmy za same bilety, a musielibyśmy jeszcze wynająć jeszcze tuk-tuka. Czas zwiedzania – ok. 3h;
– można wziąć ze sobą skarpetki, bo zabytki trzeba zwiedzać na boso;
– uwaga na małpy! Jest ich tam mnóstwo, a podobno zabierają rzeczy, które trzyma się w dłoniach.

20130609-220857.jpg

20130609-220943.jpg

20130609-220923.jpg

20130609-221006.jpg

20130609-220913.jpg

20130609-221044.jpg

20130609-221124.jpg

20130609-221143.jpg

20130609-221243.jpg

20130609-221316.jpg

20130609-221346.jpg

20130609-221403.jpg