PO TRZYDZIESTE SIÓDME – przytulić tygrysa – bezcenne!

O okolicach Chiang Mai jeszcze nie skończyłam pisać. Zresztą moje słowa to tylko cząstka opisująca północny region Tajlandii. Tu naprawdę można spędzać intensywnie czas, mieć zapełniony każdy dzień.

Generalnie za zwierzakami nie przepadam. Psów się boję, niektórych dziwnie wyglądających kotów też. Mimo to, podpisaliśmy deklarację wejścia na własną odpowiedzialność do Tiger Kingdom, przeczytaliśmy kilka tablic informacyjnych co wolno, a czego nie i weszliśmy. Weszliśmy do czterech leniwych, ospałych i pewnie nafaszerowanych prochami tygrysów.

Istnieją zwolennicy i przeciwnicy podobnych ośrodków dla zwierząt, ale ten wydał nam się jednym z lepszych. Po pierwsze ludzie, którzy tam pracują – widać, że żyją ze zwierzętami, że są z nimi w pewien sposób związani. Po drugie, te zwierzaki były naprawdę czyste i co ważne miały spory wybieg, nie były pozamykane  w klatkach.

Czy się baliśmy? Trochę tak. Czy było warto? Zdecydowanie tak! W końcu przytulić tygrysa.. bezcenne!

DSC07508

DSC07645

DSC07604

DSC07583

DSC07559

DSC07577

DSC07563

DSC07537

DSC07581

DSC07611

DSC07579

DSC07580

DSC07542

DSC07618

Informacje praktyczne:

-bilety do Tiger Kingdom:

  • duże tygrysy – 420 bath/os.
  • średnie tygrysy – 420 bath/os.
  • małe tygrysy – 520 bath/os.
  • najmniejsze tygrysy – 620 bath/os.

– opcje łączone:

  • duże lub średnie + małe – 840 bath/os.
  • duże + średnie + małe + najmniejsze – 1480 bath/os.
  • duże + średnie + małe 1 + małe 2 + najmniejsze – 1900 bath/os.

-każda zatrzymana taksówka w Chiang Mai zawiezie Was do ośrodka tygrysów; ceny nie znam, ale dla porównania płaciliśmy 900 bath/dzień + benzyna za wypożyczenie Toyoty Hilux

Reklamy

PO DZIEWIĄTE – Trójkąt kulturalny cz. II

Z Polonnaruwa udaliśmy się w dalszą podróż, aby zwiedzić najciekawsze zakątki Cejlonu. Tym razem za cel obraliśmy Sigarije, którą mijaliśmy po drodze i która ułatwiła nam przemieszczenie się na południe Sri Lanki. Z racji, że Pan z tuk-tuka, którego zatrzymaliśmy okazał się przewodnikiem, spędził z nami praktycznie cały dzień.
Na początek Muzeum Sigarija, które mieści się naprzeciw skały. Tam też przed wejściem znajduje się budka z biletami. Oddane do użytku w 2009 roku muzeum nie jest zachwycające. Widać różnicę, która cześć jest zrobiona przez Lankijczyków, a która ufundowana przez Japończyków. Właśnie w tej „japońskiej” części znajduje się makieta skały i okolic, która była najciekawsza z tego wszystkiego.. Z racji, ze wszyscy Lankijczycy chodzą wyłącznie w japonkach, ciekawostką były ponadto historyczne japonki.
Po muzeum przyszedł w końcu czas na zdobycie skały. The Sigarija Rock, to nic innego jak wymysł króla Kassjapy. Taki sobie oto Pan, wymyślił, że chce mieć swoje pałace, baseny, w których kąpią się najpiękniejsze kobiety przywożone z całego świata oraz trony na szczycie skały… Czego się nie robi dla króla, prawda?
Aby dostać się na szczyt, zdobywanie skały rozpoczyna się od fosy, przy której stoją obecnie budki strażników sprawdzających bilety (ta po lewej stronie jest dla zagranicznych turystów). Następnie wchodzimy na teren dawnych ogrodów łazienkowych i basenowych, gdzie były kiedyś przebieralnie dla kobiet króla, salony piękności oraz baseny. Po obejrzeniu dawnego SPA, zaczyna się najtrudniejszy etap -ogrody kaskadowe, czyli schody pomiędzy skałami. Następnie czeka na nas kolejny kontroler biletów, za którym można wejść krętymi schodami do jaskini, w której znajdują się zachowane do dnia dzisiejszego malowidła przedstawiające kobiety króla. Z tego miejsca wchodzimy dalej po schodach aż do platformy lwa. To tutaj znajdowało się główne wejście do prywatnych kwater króla, oznaczone gigantycznymi łapami lwa. To ostatni etap, aby dostać się na górę. Po przejściu metalowymi schodami czekają już na nas tylko ruiny pałacu królewskiego i basenów oraz wspaniałe widoki na okolicę.

20130612-192036.jpg

20130612-192105.jpg

A co było po tym? Spice Garden, czyli ajuwerdyjski ogród przypraw oraz „safari”, a następnie kolacja w domu naszego przewodnika. Miało być prawdziwe safari, a okazało się, że jeździliśmy tuk-tukiem po normalnych drogach, przy których co jakiś czas było widać dzikie słonie. Dlatego jeśli ktoś będzie oferował Wam safari w okolicach Habarany, lepiej weźcie opcję z samochodem, bo okazuje się, że tuk-tukiem nie można wjeżdżać w boczne drogi.
Ciekawa jednak była kolacja z przewodnikiem i jego żoną. Zobaczyliśmy prawdziwe życie mieszkańców Cejlonu, wnętrze ich domu. Dostaliśmy owoce, mięso z bawoła, smażone rybki i oczywiście tradycyjne i wszechobecne „rice and curry.” Nuwan (takie było jego imienia) namawiał nas, byśmy polecali go w wszystkim z naszego kraju, ale obawiam się, ze to nie jest dobry pomysł, bo jeżdżąc z nami był nieźle pijany po wypiciu dwóch piw (8,8% każde). Teraz nam do śmiechu, ale jadąc z nim, momentami nie było już tak śmiesznie..

Informacje praktyczne:
– aby dotrzeć do Sigarija zatrzymaliśmy się w Habarana. Spaliśmy w Derana Guest House (ostatni budynek po lewej stronie jadąc w stronę Kandy). Cena wyjściowa za pokój z AC i ciepłą wodą, to 3500 Rs. Obniżyliśmy cenę do 3000 Rs, a na drugi dzień do 2500 Rs, z racji, że miał być internet, a go nie było. Wielkie było nasze zdziwienie, że po zjedzonym u nich śniadaniu, właściciel nie miał pieniędzy na wydanie, więc posiłek dostaliśmy gratis:) Warto zaznaczyć, ze wokół mnóstwo jest najróżniejszych handlarzy i raczej mieliby gdzie rozmienić pieniądze, ale to już nie nasz problem..
– bilet do Sigarija, to koszt 3750 Rs od osoby (muzeum i skała). Zaopatrzcie się przed wejściem w butelkę wody, bo po drodze nie ma gdzie kupić;
– za dojazd do Sigarija z Habarany (ok. 20 km w dwie strony) zapłaciliśmy 800Rs;
– za „safari” tuk-tukiem w okolicach Habarany (ok. 1h) oraz lankijską kolację w domu przewodnika płaciliśmy 2000 Rs (+1000 Rs daliśmy napiwku dla jego żony, która przygotowywała potrawy);
– wejście do Spice Garden bezpłatne. Właściciel opowiada o każdej z przypraw (np. curry, kolendra, ananasy, wanilia, aloes), przy czym liczy, że w jego sklepie zakupi się jakiś produkt. Kupiliśmy czarny pieprz za 250 Rs.

20130612-192617.jpg

20130612-192639.jpg

20130612-192711.jpg

20130612-192656.jpg

20130612-194347.jpg

20130612-194421.jpg

20130612-192735.jpg

20130612-194954.jpg

20130612-195120.jpg

20130612-195018.jpg

20130612-195006.jpg

20130612-203154.jpg

20130612-203441.jpg

ZACHODNIE WYBRZEŻE

Negombo, to miasto położone 10 km od międzynarodowego portu lotniczego Bandaranaike, stąd też odwiedzane jest licznie przez turystów. Także i my, po licznych pochlebnych postach na forach, zdecydowaliśmy się na pierwszą noc w tym mieście.
Zachodnie wybrzeże przywitalo nas nieustającym deszczem, więc chyba też dlatego jak najszybciej chcieliśmy stąd wyjechać. Poza tym ciągłe zaczepki kierowców tuk-tuków, ich wygórowane ceny tylko nas zniechęciły. To, co można zobaczyć w tym mieście to Negombo Fish Market. Ciekawa propozycja, aby z bliska móc zobaczyć najróżniejsze gatunki ryb, krewetek i ośmiornic.
Ponadto, rejon ten jest bardzo katolicki, więc jest wiele kościołów. Co ciekawe, podczas Mszy, ludzie piknikują na zewnątrz, siedząc wygodnie na trawie. Taka oto mała różnica. Można spotkać tu też kilka hinduistycznych świątyń, gdzie wyznawcy hinduizmu nie wiadomo dlaczego opalają i rozbijają kokosy. Poza tym nie znaleźliśmy żadnej restauracji, żadnego sensownego lokalu, byśmy mogli zjeść, więc na drugi dzień pojechaliśmy do Colombo.
Samo Colombo też nie jest rewelacyjne. Poza główną ulicą (Galle Road) biegnącą tuż przy Pałacu Prezydenckim, Banku Narodowym i wieżach Word Trade Center ( tak, to ta sama nazwa) właściwie nic nie ma. Z plecakami na plecach, tuż przy oceanie, spędziliśmy cały dzień, a o 21 ruszyliśmy na wschodnie wybrzeże, do Trincomalee, w poszukiwaniu słońca…

Informacje praktyczne:
– taxi z lotniska do Negombo 1100 rupii (1000 rupii = 26 zł)
– warto zorientować się w kilku miejscach, zanim zdecydujecie się na nocleg. W Negombo ceny są bardzo wysokie, jak na oferowane warunki (za hotel na plaży, bez klimatyzacji, z ciepłą wodą płaciliśmy 2000 rupii),
– pociąg z Negombo do Colombo Fort (dworzec kolejowy) to koszt 40 rupii od osoby; w pociągu jest jedna klasa, pociągi jeżdżą co dwie godziny, ale lubią się spóźniać,
– tuk-tuk z Galle Road do Colombo Fort – 300 rupii,
– pociąg z zachodu na wschód (Colombo Fort – Trincomalle) – 370 rupii od osoby ( pociąg odjeżdża z peronu 3 o godz. 21. Na miejscu jest ok. godz. 6 następnego dnia. Dostępne są wagony 1, 2 i 3 klasy w cenach odpowiednio 680, 370 i 205 rupii. Bardzo istotne jest, że druga klasa podzielona jest jeszcze na dwie kolejne. Nie znaleźliśmy nigdzie takiej informacji, a i na dworcu też nikt o tym nie mówił. Jest to klasa „normal” i „sleepers”. Różnica pewnie w cenie (choć nie znamy) i w wygodzie. W „sleepersach” są miejsca na pół leżące, a w wagonach „normal” proste i twarde. Same wagony można rozpoznać po tym, że normal oznaczone są samą „2”, a te drugie „2 sleepers”.

20130603-214736.jpg

20130603-214754.jpg

20130603-214814.jpg

20130603-214837.jpg

20130603-214901.jpg

20130603-214922.jpg

<a