PO TRZYDZIESTE SZÓSTE – Thai boxing!

Oglądacie czasami sporty walki? Nam się zdarza. Jak jest weekend, gala KSW i jesteśmy w rodzinnych stronach mojego męża, obowiązkowo spotykamy się ze znajomymi i trzymamy kciuki za naszych faworytów.

O tajskim boksie czytaliśmy, oglądaliśmy zdjęcia i filmy. Może nie było to coś obowiązkowego, co koniecznie chcieliśmy zobaczyć i w czym uczestniczyć, ale w Chiang Mai daliśmy się skusić. Udaliśmy się w stronę nocnego bazaru i voila!

Informacje praktyczne:
– bilety wstępu na Thai Boxing – 400 bath (trybuny), 600 bath (krzesełka pod ringiem).

DSC07133

DSC07082

DSC07165

DSC07164

DSC07138

DSC07141

DSC07099

DSC07116

DSC07124

DSC07125

DSC07126

DSC07127

Reklamy

PO TRZYDZIESTE TRZECIE – skuterem po wyspie!

Wstajemy rano, wypożyczamy skuter i w drogę! Koh Chang ma ok. 30 km. długości i ok. 18 km. szerokości, więc na objechanie wyspy poświęcamy jeden dzień.

image

image

Na południu, we wiosce rybackiej Bang Bao już byliśmy, zatem z Klong Prao, gdzie jesteśmy zakwaterowani, jedziemy na północ. Pierwszy przystanek to słynna White Sand Beach. Dlaczego słynna? Bo jest opisana chyba we wszystkich przewodnikach, rozbudowana turystycznie jest najbardziej, ale i chyba jest najdroższa. Mimo to słynie z piaszczystej pięknej plaży. I rzeczywiście tak jest. Zostajemy tu więc dłuższą chwilę.

image

image

Jedziemy dalej ulicznymi serpentynami. Raz podjazd na wzgórze, później zjazd w dolinę. Na północnym zachodzie wyspy, niedaleko miejsca skąd odpływają promy, zauważamy chińską świątynię. Nasz kolejny przystanek.

image

image

image

image

Jedąc dalej na wschodnią, zdecydowanie mniej rozbudowaną część wyspy, mijamy drogowskaz na Klong Nonsi waterfall. Zawracamy i maszerujemy 20 minut. Sam wodospad nas nie urzeka, natomiast dojście do niego bardzo!

image

image

image

Następnym naszym celem na wschodzie jest kolejny wodospad. Tym razem Than Mayom, pod którym woda wyżłobiła w skale naturalny basen do kąpieli.

image

image

image

Takie dni lubimy. Nic nie musimy i robimy co nam się podoba. Jadąc na południe skręcamy w boczne drogi, by zobaczyć tę prawdziwą, nieturystyczną Tajlandię.
Właściwie  nie zostało nam za wiele miejsc do oglądania na wyspie. Jedziemy przed siebie, ale ciii… Zatrzymujemy się jeszcze przy kolejnej kolorowej świątyni Wat Salakhpet.

image

image

image

image

image

Przemieszczamy się o kilka kilometrów niżej i koniec. Koniec drogi!! Dzieli nas jakieś 3-5 kilometrów od Bang Bao, ale nie – musimy zawrócić. Nie ma przejazdu, więc wracamy. Jeszcze tylko pad thai na kolację i dzień dobiega końca…
Informacje praktyczne:
– wypożyczenie skuteru na dobę-250 bath;
– wejście na Klong Nonsi waterfall bezpłatny; parking za skuter 20 bathów;
– bilet do Morskiego Parku Narodowego Mu Ko Chang, w którym mieści się wodospad Than Mayom to koszt 200 bath/os.;
– na objechanie całej wyspy warto poświęcić jeden dzień. Na drogę powrotną, podczas której będziemy jedynie jechać, nie zatrzymując się nigdzie, trzeba liczyć 2h.

image

image

PO TRZYDZIESTE DRUGIE – Bang Bao

Na południu wyspy Koh Chang ulokowana jest mała wioska rybacka Bang Bao. Domy na palach, połączone siecią pomostów są obecnie niezłym centrum turystycznym. Stały się one rzędem kolorowych straganów, ale skręcając w którąś z bocznych „uliczek” możemy odnaleźć prawdziwe domy rybaków. Jest nawet możliwość znalezienia noclegu w jednym z takich domów. Działają tu także liczne restauracje i małe lokalne restauracyjki, gdzie Pad Thai’a (znakomite tajlandzkie noodle) kupimy nawet za 30 bath.

To właśnie z przystani w Bang Bao wypływają statki z turystami, którzy wykupili w lokalnych biurach podróży nurkowanie, snorkelling, czy też inną wycieczkę opływającą okoliczne wyspy.

image

Informacje praktyczne:
– do Bang Bao co chwilę kursują taksówki, tzw. songthaewy. Cena za przejazd z Klong Prao Beach to 150 bath/os. Można się targować, ale jest ciężko;
– jadąc z Klong Prao do Bang Bao po prawej stronie można zatrzymać się w punkcie widokowym.

image

image

image

image

PO TRZYDZIESTE PIERWSZE – Koh Chang

Jak urlop, to relaks i lenistwo. Jak lenistwo, to plaża i woda. Jak woda, to słońce. No właśnie, słońce. Planując urlop zimą, to albo słońce, góry, śnieg i narty, albo ciepłe kraje. Tym razem znów padło na ciepłe kraje, właściwie jeden ciepły kraj – Tajlandię! Wykorzystując już w styczniu kilka dni zaległego urlopu i jeszcze więcej z bieżącego decyzja zapadła – jedziemy na 4 tygodnie. Tak, żebyśmy zdążyli się zmęczyć zwiedzaniem i zdążyli odpocząć pod palmami. Tak więc po kilku dniach  w Bangkoku jedziemy na Koh Chang! Wyspę oddaloną o ok. 350 km. od stolicy.

W centralnej części wyspa jest górzysta, pokryta lasami deszczowymi, z licznymi wodospadami. Na efektownych plażach usytuowane są głównie hotele i resorty, obsługiwane przez biura podróży i organizowane w szczególności dla Rosjan, ale znaleźć też można bungalowy dla mniej wymagających turystów ceniących raczej bliskość natury, niż basen przy plaży. Mimo to każdy może leniwie spędzić tu czas, korzystając z masaży na plaży lub z organizowanych wycieczek na pobliskie wyspy.

imageŹródło: http://www.volandovoyviajes.es

Plaże zachodniego wybrzeża wyspy usilnie konkurują między sobą o każdego przyjeżdżającego turystę. Nurkowanie, kajaki, rejsy statkiem, przejażdżki na słoniach, krokodyle, wędkowanie. My wybraliśmy Klong Prao Beach. Woda czysta, turkusowa,  z łagodnym wejściem. A przy tym rewelacyjne lokalne restauracje. Godne polecenia są również White Sand Beach (trochę wyższe ceny, głównie hotele) i Lonely Beach.

image

image

image

image Masaż na plaży

image

Na Sri Lance tak bardzo podobało nam się nurkowanie z fajką, że w Tajlandii był to obowiązkowy punkt programu. Na Koh Chang jest mnóstwo biur podróży ulokowanych przy głównej drodze oferujących podobne rozrywki. Wybraliśmy ofertę 1 dzień, 5 wysp. Za tę cenę warto zapełnić sobie cały dzień, ale uczestników może być nawet kilkadziesiąt osób.

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image Najlepsi kucharze w naszej ulubionej knajpce na Koh Chang

Informacje praktyczne:
– na trasę Bangkok – Koh Chang wynajęliśmy prywatnego busa – 5000 bath; podróż trwa 7 h;
– snorkelling na 5 okolicznych wysp to koszt 600 bath/os. ( w cenie napoje, owoce, lunch, maska, rurka; płetwy dodatkowo 100 bath) – warto, choć rafa koralowa na Koh Chang nie jest oszałamiająca);
– na pierwszy nocleg zatrzymaliśmy się w V.J. Residence – 1300 bath za pokój dwuosobowy;
– kolejne noclegi to bungalowy na plaży – K.P. Huts – miejsce warte polecenia. Domek w pierwszym rzędzie na plaży 1000 bath z łazienką i ciepłą wodą. Kolejne rzędy: domek z łazienką 700 bath, bez łazienki (są wspólne podobnie jak na kempingach) 400 bath;

– wypożyczenie skutera – 250 bath/doba (oficjalnie trzeba posiadać międzynarodowe prawo jazdy, w rzeczywistości nie trzeba mieć nic);
– tajski masaż na plaży 250 bath/h;
– godzinna jazda na słoniu 500 bath/os., dodatkowo owoce dla słonia 50 bath.

image

image

Wakacje w styczniu? Jesteśmy zdecydowanie na tak!

PO DWUDZIESTE DZIEWIĄTE – Chinatown, czyli chińskie akcenty w Bangkoku

W przewodniku czytałam, że największą atakcją Chinatown, czyli Chińskiej Dzielnicy w Bangkoku jest Wat Traimit – podobno największy posąg Buddy na świecie.  My tam nie dotarliśmy. Chodziliśmy za to między kolorowymi, głównie czerwonymi uliczkami Chinatown. Lampiony, bazary, handlarze, sklepy złotników ze stosami łańcuszków, uliczne garkuchnie, egzotyczne zapachy,  ruch jak w mrowisku i ogromny ścisk. Tego możecie doświadczyć jedynie w Chińskiej Dzielnicy w stolicy Tajlandii. Naprawdę warto przejść się pomiędzy straganami  i wąskimi, zatłoczonymi uliczkami tej dzielnicy, by zobaczyć, jak różna jest od pozostałych zakątków miasta.

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

Informacje praktyczne:
– do Chinatown dotarliśmy taksówką wodną- płynęliśmy z pirsu 13 do 5 – bilet 15 baht/os.
– tuk-tuk z Chinatown w okolice Pałacu Królewskiego – 100 baht.

PO DWUDZIESTE SZÓSTE – deszczowe Hue

Do Hue w 100 % się nie przekonaliśmy. Nie to, że nieładne, że brzydkie.. Pierwsze wrażenie, to ilość skuterów. To pierwsze wielkie miasto na naszej drodze (ok. 300 tys. mieszkańców). I pierwsze miasto, w którym na skrzyżowaniu ludzie podporządkowywali się sygnalizacji świetlnej. Znów dziwnie było nam się przestawić, bo już zdążyliśmy nauczyć się zasad, że jechać można i na czerwonym, żółtym (albo pomarańczowym 🙂 ) i zielonym. A tu proszę – czerwone i wszyscy stoją. Żałuję teraz, że praktycznie nie robiliśmy zdjęć ruchu ulicznego..

image

Hue to Miasto Cesarskie z cytadelą i Pałacem Cesarskim, to liczne pagody i grobowce otaczające miasto. Wszystko pięknie, tylko ta pogoda.. Dzień poświęcony na zwiedzanie Miasta Cesarskiego do jeden wielki deszcz. Co ja mówię – ulewa! Tak więc nie chciało nam się nic. Chowaliśmy się pod dachami Pałacu Cesarskiego, a nasi Przyjaciele bawili się w deszczu w najlepsze 🙂

1.10image

1.7image

1.4image

1.6image

1.3image

1.5image

1.8image

To w Hue leniwie krzątaliśmy się między uliczkami znajdując co i rusz nową knajpkę, to tu udaliśmy się na manicure, a nasza męska część do fryzjera (uwaga na baczki!) i tu, w okolicach Hue, odnaleźliśmy jedną z najpiękniejszych świątyń..

DSC00880

image

image

image

image

PO DWUDZIESTE PIĄTE – wioski na wodzie

Możliwe jest mieszkać na wodzie? Nie na statku, a w domu? Gdyby ktoś zadał mi to pytanie jakieś 2-3 lata temu, powiedziałabym, że nie. Podróż do Wietnamu otworzyła nam oczy na inne życie. Na możliwe inne życie. Nie przypuszczałabym, że gdzieś pośród wód zatoki jest wioska – są domy, jest szkoła, świątynia, farma, której pilnują psy.

DSC00338

DSC00322 Psy pilnujące interesu

DSC00315 Statki transportujące wodę pitną do wioski

DSC00308

DSC00305

Drugi dzień, który spędziliśmy na Ha Long rozpoczął się intensywnie. Jako jedyni z naszej grupy, mieliśmy wykupioną wycieczkę trzydniową, a nie dwudniową. Dla nas okazało się to o tyle lepsze, że drugi dzień spędziliśmy w gronie naszej czwórki na zupełnie nowym statku, z czteroosobową obsługą. Przesiedliśmy się więc na drugi statek i płyniemy 1,5 godziny w głąb zatoki. Wietnamczycy pokazują nam, że mamy się przesiąść na kajaki. Nasi przyjaciele wsiadają, ale śmiejemy się, że pewnie nie mają wioseł. Chwila poruszenia, nasza obsługa biega po statku i co? Okazuje się, że wioseł nie ma 😀 Wracamy z powrotem i od pierwszego płynącego statku je pożyczamy. Płyniemy dalej i w końcu możemy rozsmakować się w fantastycznych widokach. Niewielkie fale kołyszą naszym kajakiem, podpływamy pod skały, wpływamy w jaskinie. W końcu nasz przewodnik kieruje nas do wioski rybackiej. To tak naprawdę mała wioseczka z kilkunastoma domami, gdzie życie toczy się niby normalnie, ale jednak inaczej.  Jest prąd, internet (!), sklepy na łodziach. Podpływamy bliżej, z domów wybiegają miejscowe dzieci i pokazując na budynek krzyczą „school, school!”. Postanawiamy wysiąść na chwilkę i prowadzeni za ręce idziemy do szkoły. Od naszego przewodnika dowiadujemy się, że nauczycielami są tu wolontariusze, którzy przypływają do wioski od poniedziałku do piątku, a weekendy spędzają na lądzie.

DSC00333

DSC00306

DSC00302

DSC00296

DSC00293

Płyniemy dalej po wiosce, następnie znów pośród skał. Próbujemy zapamiętać widoki, nie chcemy by cokolwiek nam umknęło. Robimy przerwę na obiad. Świeże krewetki, kalmary, sajgonki.. Czego chcieć więcej? Chłopacy skaczą ze statku, pływamy. Jest błogo, udzieliło nam się przyjemne zmęczenie.. Wsiadamy raz jeszcze w kajaki i  czujemy Ha Long. Ten zapach, widok, atmosferę..

DSC00369

DSC00382

DSC00427

DSC00360

Niech tak zostanie, bo dzień dobiega końca..

DSC00488

PO DWUDZIESTE – Paris, Paris..

Paryż poznaliśmy osobno – Mąż kilka dobrych lat wcześniej, a Żona w pewien wydłużony, zeszłoroczny, marcowy weekend.

Żona zaczęła od zakupu przewodnika, a raczej dwóch przewodników. Zaopatrzona w mapy, informacje jak dostać się do miejsca noclegu i przede wszytskim doborowe towarzystwo, wsiadła na pokład samolotu, by jak najwięcej zaczerpnąć ze światowej stolicy mody.

Co Żona chciała zobaczyć? Wszystko, co było do zobaczenia przez kilka dni. Atrakcje, zabytki, mosty, muzea. Co Żonę zachwyciło? Wino, croissanty, bagietki i tłumy ludzi wypoczywających na polach marsowych tuż pod wieżą Eiffla. Co Żonę rozczarowało? Brudne i śmierdzące ulice Paryża.. Niestety, ale śmietników tam, jak na lekarstwo..

5 dni w Paryżu spokojnie wystarczy na odwiedzenie najważniejszych miejsc i zabytków. Sezon turystyczny trwa przez cały rok. Byłyśmy w marcu, a i tak nie uniknęłyśmy kolejek do Luwru, czy też wieży Eiffla.

Swoją podróż rozpoczęłyśmy właśnie od największego symbolu Francji – wieży Eiffla. Wysiadłyśmy na stacji Trocadéro i tuż po wyjściu z metra, z tarasu pomiędzy dwoma skrzydłami Palais de Chaillot, ujrzałyśmy ponad 300 metrową wieżę. To tu znajduje się chyba najlepsze miejsce do zrobienia najlepszych zdjęć, aby uchwycić w kadrze wieżę w całości. W okolice wieży wracałyśmy kilkakrotnie – aby wjechać na górę (bilet na trzeci poziom 13,10€), aby poleniuchować na polach marsowych i wieczorem, aby zobaczyć migoczące lampki.

IMG_0810

IMG_0823

Z wieży Eiffla roztacza się widok na niezniszczone na przestrzeni lat budynki Paryża. Piaskowe domy, równy układ ulic, w oddali katedra Sacré-Coeur i bliżej Łuk Triumfalny. To właśnie tu trafiłyśmy chyba na jakieś obchody państwowe, bo okolica łuku była wyłączona. Idąc wzdłuż Pól Elizejskich, następnie spacerujac przez ogrody Tuilerie, dotarłyśmy do największego muzeum na świecie – Luwru (bilety 6-9,50€). Znajdując wieczny uśmiech Mona Lisy i tak naprawdę spacerując bez określonego celu po korytarzach Luwru, stwierdziłyśmy, że żadne z nas znawczynie sztuki, więc czas na katedrę Notre Dame..

Luwr

Łuk Triumfalny

A tam? Chyba każdy z nas pamięta bajkę „Dzwonnik z Notre Dame”? Quasimodo, piękną Esmeraldę i charakterystyczną wielką rozetę okienną? W związku z tym, że jest to jedna z moich ulubionych bajek z dzieciństwa, był to obowiązkowy punkt w zwiedzaniu francuskiej stolicy. Mimo, że w Paryżu byłam pierwszy raz, to można powiedzieć, że katedrę widziałam po raz drugi. Jak to możliwe?? Podczas pobytu w Wietnamie juz  raz podziwiałam katedrę, tyle że wybudowaną z czerwonej cegły. Wiadomo, że Wietnam był kolonią francuską. A że Francuzom zachciało się pięknych zabytków w Sajgonie, to przewieźli cegły i w azjatyckim kraju wybudowali drugą katedrę na wzór tej z Paryża. Różnica? Przede wszystkim liczba turystów. W Paryżu mnóstwo, natomiast w Wietnamie turyści byli bardziej zainteresowani zabytkową pocztą ulokowaną tuż obok niż samą katedrą. Cóż.. każdy znajdzie coś dla siebie.

Wracając do Paryża, to niekwestionowanym zwycięzcą okazało się Musée d’Orsay (9,50€). Niesamowity budynek muzeum, który niegdyś był dworcem, do którego przyjeżdzały i skąd odjeżdżały pociągi, jest obecnie zbiorem ciekawych rzeźb, zdjęć, rękodzieła, modeli architektonicznych oraz prac impresjonistycznych. To właśnie sztuka impresjonistów, już trochę bliższa naszym czasom okazała się wypełnieniem kilku naszych godzin.

Znad brzegu Sekwany przeniosłyśmy się na artystyczne wzgórze – Montmartre. Na szczycie wzgórza wznosi się katedra Sacré-Coeur, do której wiodą setki schodów oraz z drugiej strony strome uliczki pełne kawiarni, małych, klimatycznych restauracyjek. Jeśli mielibyście więcej czasu warto udać się do winnicy usytuowanej tuż za Sacré-Coeur albo po prostu przejść się między uliczkami, chłonąc atmosferę i unoszący się zapach świeżo mielonej kawy i ciepłych croissantów.

Sacré-Coeur

Na koniec zostawiłyśmy sobie nowoczesną i biznesową dzielnicę La Défense oraz Grande Arche – łuk, będący współczesną odpowiedzią na  Łuk Triumfalny. Ciekawy? Kwestia gustu. Dla mnie trochę niepasujący do całego obrazu Paryża, ale kilka dobrych lat wcześniej wywarł on niesamowite wrażenie na mojej drugiej Połówce 🙂

Informacje praktyczne:

– lot na trasie Poznań Ławica – Paris Beauvais wyniósł nas ok. 300 zł/os. w dwie strony; warto sprawdzać, bo bilety można znaleźć w jeszcze niższych cenach;

– po wyjściu z lotniska podstawione są autobusy do centrum Paryża (Porte Maillot – ok. 1,5 h) – bilety do nabycia w maleńkiej budce tuż obok; w 2012 – 15 €/os (na jakimś forum natknęłam się na informację, że obecnie to 16€);

– w Paryżu zatrzymałam się u pewnej Polki oferującej pokoje do wynajęcia. W internecie jest masa podobnych ogłoszeń, więc niekoniecznie trzeba zatrzymać się w którymś z drogich hoteli (cena ok. 30 €/doba);

– transport publiczny jest bardzo dobrze rozwinięty (metro, autobusy, kolej miejska RER). W pierwszym punkcie informacyjnym dostałyśmy mapę, z której korzystałyśmy przez cały pobyt i wierzcie mi – tam nie można się zgubić! Zaopatrzyłyśmy się też w 3-dniowy karnet „Paris Visite” (z tego co pamiętam wyniósł on ok. 22 €) oraz kilka pojedynczych biletów;

– można też poruszać się Batobusem, czyli niewielkim statkiem wycieczkowym pływającym po Sekwanie. Nie pamiętam dokładnej ceny, ale była dość wysoka, dlatego ominęłyśmy ten punkt.

PO TRZYNASTE – O słynnej cejlońskiej herbacie i Horton Plains

Z czego najbardziej słynie Sri Lanka? Oczywiście z herbaty! Tak więc być na wyspie i nie zobaczyć plantacji herbaty? To nie wchodziło w grę. Aby zobaczyć słynną Ceylon Tea, jako bazę wypadową wybraliśmy miasto i region Nuwara Elija, czyli górski teren pokryty plantacjami herbaty oraz tarasowymi polami uprawnymi, na których uprawia się warzywa. Dotarliśmy tu pociągiem, gdyż czytaliśmy wcześniej o wspaniałych widokach. I rzeczywiście – ponad czterogodzinna podróż się opłaciła. Mimo deszczu, widoki rewelacyjne! Góry, zbocza – wszystko porośnięte krzewami herbaty.
Ale region ten nie tylko słynie z samej herbaty. To także parki narodowe i liczne wodospady. Na pogodę nie mogliśmy liczyć, bo o tej porze roku są tam najniższe temperatury (15stopni) i co ciekawe – mieszkańcy chodzą ubrani w czapki, zimowe kurtki i oczywiście japonki. Zatem i my, ubrani od stóp do głów, ruszyliśmy najpierw do Parku Narodowego Horton Plains, a następnie na plantacje herbaty i wodospady.
Wyjazd – godzina 5.00. Jedziemy wraz z poznanym dzień wcześniej kierowcą, wśród poprzewracanych po huraganie drzew. Deszcz pada coraz mocniej, więc jestem coraz bardziej przerażona. Szymek jest spokojny, choć przed nami 9 km wędrówki. Po godzinie docieramy na miejsce. Kupujemy bilety i ruszamy. Decydujemy się zdobyć World’s End. Dwa końce świata z widokami, które podobno zapierają dech w piersiach. Chcemy się o tym sami przekonać, więc idziemy.. Na początek kierujemy się do małego końca świata. Idziemy przez równiny co jakiś czas wkraczając do lasów deszczowych z wyboistymi drogami. W końcu jesteśmy. Ukazuje się nam ogromna przestrzeń, widok spowity lekką mgłą. Idziemy dalej. Po ok. 3 km. docieramy do właściwego końca świata. I tu znów kolejne wspaniałe widoki. U podnóża gór zauważamy maleńką wioskę, a tuż za nią rzekę, a może jezioro.. Zbocza porośnięte drzewami, stłumione odgłosy zwierząt. Spotykamy tu naszych Rodaków i po krótkiej pogawędce ruszamy dalej. Przed nami 5 km wędrówki, ale zbaczamy z trasy i idziemy ku wodospadom Bakera. Opisywane jako jedne z najbardziej zachwycajcych na nas nie robią wielkiego wrażenia. W Wietnamie byliśmy przy bardziej okazałym wodospadzie, ale o tym później 🙂 Pakujemy aparat i znów w drogę. Wracamy na parking, gdzie czeka na nas kierowca i ruszamy na plantacje!
20130701-225847.jpg

20130701-230035.jpg

20130701-230103.jpg

20130701-230305.jpg

20130701-230332.jpg

20130701-230414.jpg

20130701-230450.jpg

20130701-230517.jpg

Jedziemy krętymi drogami podziwiając krajobrazy. Po lewej herbata, po prawej herbata, gdzieniegdzie wodospady – małe, większe, coraz większe. Nie wyjmujemy aparatu, nie robimy zdjęć. Wolimy zatrzymać widoki dla siebie. Szkoda nam czasu na zdjęcia, mimo że jedziemy ok. 2 godzin. Dojeżdżamy do fabryki herbaty. Wychodzi naprzeciw nam lankijska dziewczyna pyta się skąd jesteśmy, po czym po polsku wymienia nam rodzaje herbat. Czarna, biała, czerwona, zielona. Po kolei opowiada nam proces produkcyjny, pokazuje maszyny, piec. Dla mnie fabryka jak fabryka, piec jak piec. Szymek kręci głową i jest w coraz większym szoku, że w takich warunkach można coś produkować. U nas się mówi, że „cudze chwalicie, swego nie znacie”. Tutaj obowiązuje raczej zasada, że ” swoje chwalcie, bo cudzego nie znacie”. To chyba jest najwłaściwsze określenie dla kondycji fabryki. Po szybkim przejściu przez fabrykę kierujemy się w stronę sklepu, w którym oczywiście kupujemy herbatę. Ceny duże, więc lepiej kupić jedną na pamiątkę wizyty w fabryce, a w resztę na bazarze. Zmęczeni wracamy do miasta. Dajemy jeszcze jedną szansę Nuwara Elija – spędzamy tam wieczór włócząc się po ulicach, a następnego dnia jedziemy dalej..

Informacje praktyczne:

– z Kandy jedziemy pociągiem do stacji Nanu Oya (11 km od Nuwara Elija). Na stacji mnóstwo tuk-tuków, więc bez problemu można dostać się do miasta. My wybieramy tańszą opcję, więc idziemy do głównej drogi w poszukiwaniu autobusu. Zatrzymuje się przy nas kilka samochodów oferując „local price”, ale w rezultacie jedziemy z dwoma panami, którzy zawożą nas za darmo (cena biletu na pociąg to 180 Rs od osoby);
– wynajęcie kierowcy, który zawiezie nas do Horton Plains i obwiezie po wodospadach i plantacjach herbaty to koszt 3500Rs za park i 4000 Rs za fabrykę i wodospady (ok.9 godzin);
– wstęp do parku 5740 Rs za dwie osoby;
– warto wziąć ze sobą do parku coś ciepłego i płaszcz przeciwdeszczowy, bo mogą nas zaskoczyć różne warunki pogodowe;
– nocleg: Glenfall Resort, 3500 Rs za pokój (w cenie wi-fi i ciepła woda) + liczą sobie 10% za obsługę.

20130701-230610.jpg

20130701-230634.jpg

20130701-230657.jpg

20130701-230711.jpg

20130701-230736.jpg

20130701-230720.jpg

PO DWUNASTE – Wolność w niewoli

Zafascynowani widokiem kilku słoni, zdecydowaliśmy, że zobaczymy Pinnawala, a właściwie Elephant Orphanage. To sierociniec dla słoni, utworzony w 1975 roku, w którym przebywa najliczniejsze na świecie stado trzymane w niewoli. Pierwotnie miało być to schronienie dla sierot oraz słoni, które ucierpiały np. przez kłusownikôów. Obecnie miejsce to zamieszkuje ponad 80 słoni. Mają stworzone warunki tak, by jak najbardziej przypominały naturalne środowisko, jednak w Pinnawala słonie poddawane są pewnemu rygorowi, bowiem mają tzw. plan dnia:

  • 8.30 – otwarcie sierocińca
  • 8.30-9.15 – śniadanie ( słonie dostają głównie liście palmowe i liście bananowca)
  • 9.15 – karmienie małych słoniątek (za dodatkową opłatą można potrzymać butelkę)
  • 10.00 – przejście słoni nad pobliską rzekę
  • 12.00 – powrót z rzeki do zagrody
  • 12.00-13.15 – lunch
  • 13.15 – karmienie słoniątek
  • 14.00 – ponowne przejście nad rzekę
  • 16.00 – powrót do sierocińca
  • 17.00 – karmienie słoniątek
  • 18.00 – zamknięcie sierocińca

Wypad słoni nad rzekę jest ciekawym widowiskiem. Te potężne ssaki przechodzą pomiędzy wąskimi uliczkami, przy których usytuowani są sklepikarze z pamiątkami dla turystów. Podczas, gdy słonie pluskają się w rzece, na turystów czekają restauracje umiejscowione przy niej, aby był jak najlepszy widok.
Po powrocie słoni do sierocińca można sobie robić z nimi zdjęcia, gdy te wypoczywają na polanie. Uwaga na panów z obsługi, bowiem odganiają słonie od ludzi, tylko po to, aby sami mogli zrobić nam zdjęcia i oczywiście wziąć za tę przysługę pieniądze.
Na uwagę zasługuje też fabryka papieru z odchodów słoni znajdująca się zaraz na początku uliczki prowadzącej nad rzekę. Co prawda oprowadzenie po niej trwa max.5 minut, ale osoba po niej oprowadzająca tłumaczy bardzo ciekawie.
Wejście jest bezpłatne, ale na koniec wchodzi się do sklepu, gdzie właściciele liczą na to, że zrobi się jakiś zakup.
20130622-174222.jpg
Wrażenia? Widok tylu słoni widzianych w stadzie wywołał uśmiech na naszych twarzach, jednak łańcuchy, panowie z oszczepami, ustalone dokładne godziny co robi słoń i o której godzinie..to chyba nie było przyjemne. Mieliśmy wrażenie, że słonie patrzą na nas swoimi smutnymi oczami…
Pewnie idea powstania sierocińca miała jak najbardziej słuszny charakter, ale obecnie, ponad połowa z tych zwiedząt urodziła się już w niewoli. Co to oznacza? Że sierociniec zatracił swój charakter, że coraz mniej tu sierot zwożonych z całej wyspy, a coraz więcej słoni nie znających wolności. Trochę to przykre, ale poprzez odwiedzenie tego miejsca i zakup biletów, także i my dołączyliśmy do tej rzeszy turystów, którzy tak naprawdę napędzają ten interes…

Informacje praktyczne:
– jadąc do Pinnawala pojechaliśmy autobusem do Mawanella ( koszt ok. 40 Rs za osobę), a następnie tuk-tuka za 500 Rs;
– bilet wstępu do sierocińca 2250 Rs;
– karmienie słoniątek dodatkowo 250 Rs.

20130622-172558.jpg

20130622-172623.jpg

20130622-172640.jpg

20130622-172650.jpg

20130622-172713.jpg

20130622-172721.jpg

20130622-172911.jpg

20130622-173036.jpg

20130622-173147.jpg

20130622-173205.jpg

<a