PO TRZYDZIESTE TRZECIE – skuterem po wyspie!

Wstajemy rano, wypożyczamy skuter i w drogę! Koh Chang ma ok. 30 km. długości i ok. 18 km. szerokości, więc na objechanie wyspy poświęcamy jeden dzień.

image

image

Na południu, we wiosce rybackiej Bang Bao już byliśmy, zatem z Klong Prao, gdzie jesteśmy zakwaterowani, jedziemy na północ. Pierwszy przystanek to słynna White Sand Beach. Dlaczego słynna? Bo jest opisana chyba we wszystkich przewodnikach, rozbudowana turystycznie jest najbardziej, ale i chyba jest najdroższa. Mimo to słynie z piaszczystej pięknej plaży. I rzeczywiście tak jest. Zostajemy tu więc dłuższą chwilę.

image

image

Jedziemy dalej ulicznymi serpentynami. Raz podjazd na wzgórze, później zjazd w dolinę. Na północnym zachodzie wyspy, niedaleko miejsca skąd odpływają promy, zauważamy chińską świątynię. Nasz kolejny przystanek.

image

image

image

image

Jedąc dalej na wschodnią, zdecydowanie mniej rozbudowaną część wyspy, mijamy drogowskaz na Klong Nonsi waterfall. Zawracamy i maszerujemy 20 minut. Sam wodospad nas nie urzeka, natomiast dojście do niego bardzo!

image

image

image

Następnym naszym celem na wschodzie jest kolejny wodospad. Tym razem Than Mayom, pod którym woda wyżłobiła w skale naturalny basen do kąpieli.

image

image

image

Takie dni lubimy. Nic nie musimy i robimy co nam się podoba. Jadąc na południe skręcamy w boczne drogi, by zobaczyć tę prawdziwą, nieturystyczną Tajlandię.
Właściwie  nie zostało nam za wiele miejsc do oglądania na wyspie. Jedziemy przed siebie, ale ciii… Zatrzymujemy się jeszcze przy kolejnej kolorowej świątyni Wat Salakhpet.

image

image

image

image

image

Przemieszczamy się o kilka kilometrów niżej i koniec. Koniec drogi!! Dzieli nas jakieś 3-5 kilometrów od Bang Bao, ale nie – musimy zawrócić. Nie ma przejazdu, więc wracamy. Jeszcze tylko pad thai na kolację i dzień dobiega końca…
Informacje praktyczne:
– wypożyczenie skuteru na dobę-250 bath;
– wejście na Klong Nonsi waterfall bezpłatny; parking za skuter 20 bathów;
– bilet do Morskiego Parku Narodowego Mu Ko Chang, w którym mieści się wodospad Than Mayom to koszt 200 bath/os.;
– na objechanie całej wyspy warto poświęcić jeden dzień. Na drogę powrotną, podczas której będziemy jedynie jechać, nie zatrzymując się nigdzie, trzeba liczyć 2h.

image

image

Reklamy

PO SZESNASTE – Tym razem południe

Tym razem przemieszczamy się na południe wyspy. Z Arugam Bay jedziemy ponad 7 godzin w ogromnym ścisku, z kilkoma przesiadkami po drodze, w autobusach co jakiś czas zatrzymujących się z nieznanych nam przyczyn. Na koniec zostawiamy podróż pociągiem. Z racji, iż na zachodzie i południu o tej porze roku jest monsun, na zwiedzanie tych miejsc zostawiliśmy nasze ostatnie 2 dni na cejlońskiej ziemi.

Jako przystanek wybieramy Unawatune – blisko do Galle i wciąż przy wybrzeżu. Jeśli mamy być obiektywni Unawatuna jest zdecydowanie przereklamowana! Droga jak na podróż niskobudżetową, a przy tym zapewniajaca brak intymności turystom. Hotel przy hotelu, restauracja przy restauracji, wszędobylscy handlarze masek, lampek, świeczek, itp. Plaża w Unawatunie wąska, a plażowe restauracje to jedynie te, które oferują drogie (mimo że to nie był sezon!) i nie zawsze lokalne jedzenie.

Z Unawatuny do Galle dzielą nas zaledwie 2-3 km. Wystarczy wyjść do głównej drogi, złapać jakikolwiek autobus, wysiąść na dworcu głównym i już znajdujemy się tuż przy holenderskim forcie z XVII wieku, także wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Wchodząc na teren fortu naprawdę można poczuć się, jakbyśmy byli w jednym z zachodnioeuropejskich miasteczek. Cicho, schudnie.. zupełnie inaczej niż w pozostałej części miasta. Mijamy kościoły, meczet, szkołę muzułmańską, wokół której biegają ubrane na biało dzieci, latarnię morską, a w końcu maleńkie domki przyozdobione kwiatami. Chodzimy wąskimi uliczkami zaglądając Lankijczykom do ich domostw. Spotykamy warany – egzotyczne jaszczurki, o których przeczytać można w każdym przewodniku i dzieci grające w krykieta – sport narodowy Sri Lanki. Kilka godzin włóczymy się po mieście zaglądając w uliczne zakamarki, robiąc ostatnie zakupy przed powrotem i zajadając się uwielbianymi przez nas ananasami i arbuzami.

DSC02655Szukając odpowiedniego pociągu..

Informacje praktyczne:

– jadąc do Unawatuny złapaliśmy w Arugam Bay tuk-tuka do Pottuvil (150 Rs/os.), następnie autobus do Matary (308 Rs/os.) i pociąg do Unawatuny (kierunek Galle; 35Rs/os.), czyli koszt ok. 25 zł za dwie osoby;

– zatrzymując się w Unawatunie zaopatrzcie się w buty podobne do tych, które kupujecie wyjeżdżając do Chorwacji – rafa koralowa jest strasznie zniszczona, wypłukana i tylko przeszkadza w przyjemności zaczerpnięcia kąpieli w oceanie,

– nocleg: skorzystaliśmy z pokoju zaoferowanego przez złapanego przy dworcu kolejowym pana z tuk-tuka, a jak się później okazało syna właścicieli – Breeze Rest świetne miejsce i warunki. Jeśli planujecie dłuższy pobyt w tym miejscu warto skorzystać, bo była dostępna nawet pralka 🙂 Dojazd tuk-tukiem z dworca kolejowego do hotelu – 150 Rs.

– przejazd z Unawatuny do Galle – tuk tuk 250 Rs, autobus złapany na głównej drodze – 15 Rs/os.

DSC02580Świątynia buddyjska w Matarze

20130808-221651.jpgFort w Galle

20130808-221658.jpg

20130808-221705.jpg

20130808-221711.jpg

20130808-221718.jpg

DSC02660

Targ w Galle

PO SIÓDME – ryby, ryby albo nic..

Dziś za wiele nie będziemy pisać. Pooglądajcie lepiej zdjęcia:) Z racji, że jest Sri Lanka i jest woda, to jaki jest tu częsty widok? Zdecydowanie rybacy! Rybołóstwem zajmuje się chyba każdy kto mieszka przy wybrzeżu. Przede wszystkim mężczyźni. Kobiety natomiast sortują ryby i wyrzucają glony. Co ciekawe, do wyciągnięcia jednej sieci rybackiej, potrzebnych jest ok. 30 mężczyzn. Cały proceder wyciągnięcia sieci trwa 1,5 h. Czasami połów się udaje, a czasami… Zobaczcie poniżej..

20130607-194954.jpg

20130607-195039.jpg

20130607-195055.jpg

20130607-195109.jpg

20130607-195119.jpg

20130607-195207.jpg

20130607-195127.jpg

20130607-195134.jpg

20130607-195214.jpg

20130607-195222.jpg

PO PIĄTE – jesteśmy na wschodzie!

Jesteśmy na wschodzie! Po dziewięciogodzinnej podróży jesteśmy w Trincomalee. A właściwie Uppuveli – pobliskiej plaży przypominającej reklamę „Bounty”. Jest gorąco, słonecznie, uroczo i przepięknie – prawie jak w raju, ale zanim o tym raju najpierw kilka słów o Trincomalee…
Samo miasto, to niedoszła stolica państwa Ilam, o którego utworzenie walczyły Tamilskie Tygrysy -organizacja utworzona w 1976 roku, żądająca utworzenia niepodległego państwa tamilskiego na północy Sri Lanki. Dopiero w maju 2009 roku Tamilskie Tygrysy, zdziesiątkowane przez rządową armię, ogłosiły koniec wojny. Ślady po wojnie można zauważyć po opuszczonych budynkach, po ruinach hoteli przy wybrzeżu i po ogromnych dziurach w drodze. Trincomalee i okolice dopiero się odbudowują – widać wzrastające budynki, które niedługo zamienią się w luksusowe hotele. Mieszkańcy, głównie kierowcy tuk-tuków, z którymi mamy najwięcej do czynienia również opowiadają historie z czasów wojny. Większość z nich chcąc przeżyć, szukała schronienia w innych miastach, u rodzin, a od 2-3 lat wracają i zaczynają od nowa.
To, co można spotkać w Trinco (to często używany skrót przez mieszkańców), to sarny, jelenie, zaprzyjaźnionego wiewiórki i oczywiście krowy wałęsające się po ulicach.
Masowo odwiedzających to miejsce, po zakończeniu wojny, lankijskich turystów można spotkać przy Fort Frederick Road. Wybudowany w 1623 roku, początkowo jako własność Portugalczyków, następnie Holendrów i Brytyjczyków, obecnie jest siedzibą lankijskich służb wojskowych, którzy nie utrudniają zwiedzania, ale z zaciekawieniem przyglądają się turystom o jasnym kolorze skóry. Jest to też miejsce spacerów przy lazurowym kolorze zatoki, z którego można się dostać do kolorowej hinduistycznej świątyni Koneswaram, usytuowanej na skałach. Po obu stronach drogi usytuowane są dziesiątki straganów, w których można kupić słodycze, sztuczne kwiaty, świeże soki, właściwie wszystko, czyli to samo co u nas na odpuście. Do samej świątyni należy mieć ubranie zasłaniające ramiona i nogi do kolan. Z racji, że miałam krótsze spodenki, starszy Pan pilnujący świątyni wręczył mi kawałek materiału, którym miałam się przykryć. Z samej świątyni rozpościera się wspaniały widok z jednej strony na ocean, z drugiej na zatokę. Jest tam też drzewo, do którego młode kobiety przyczepiają skrzyneczki z kwiatami (podobno są to kołyski), które mają ułatwić zajście w ciążę. Ponadto, Trincomalee oferuje jedynie kilka innych świątyń hinduistycznych, gdzie można podpatrzeć zachowania wyznawców innej religii.

20130605-161543.jpg
Wagon w pociągu Colombo – Trincomalee
20130605-161614.jpg
Stacja Colombo Fort

Informacje praktyczne:
– tuk-tuk z dworca kolejowego do centrum miasta to koszt 200 Rs,
– tuk-tuk z centrum Trincomalee do Uppuveli pojedzie za 250 Rs, czasami nawet za 200 Rs (nie dajcie się oszukać, bo pierwszego dnia jechaliśmy nawet za 500 Rs,
– wejście do świątyni Koneswaram jest darmowe, jednak trzeba zapłacić strażnikowi 20 Rs za pozostawienie obuwia,
– za kawałek chusty, którą starszy Pan mi użyczył mieliśmy zapłacić 20 Rs, skończyło się na 10 Rs, ale słyszeliśmy, że czasami można spotkać się z bardziej otwartymi staruszkami, którzy w zamian za materiał zażyczą sobie buziaka:),
– przejazd tuk-tukiem z Fort Frederick Road do świątyni Koneswaram i z powrotem do Uppuveli to koszt 400 Rs – tu znowu trzeba się targować, bo Pan, który nas wiózł, stwierdził, że za długo musiał czekać i stracił czas, więc chciał 600Rs. Skończyło się na 520 Rs, ale takie sytuacje tylko nas uczą, żeby jednak pozostawać przy pierwszej cenie.

20130605-162753.jpg

20130605-163007.jpg

20130605-163212.jpg

20130605-163318.jpg<
Fort Frederick
20130605-163257.jpg
Stragany w drodze do świątyni
20130605-163401.jpg
Świątynia Koneswaram
20130605-165501.jpg

20130605-165816.jpg

20130605-165730.jpg

20130605-165709.jpg

20130605-165415.jpg

20130605-165446.jpg

ZACHODNIE WYBRZEŻE

Negombo, to miasto położone 10 km od międzynarodowego portu lotniczego Bandaranaike, stąd też odwiedzane jest licznie przez turystów. Także i my, po licznych pochlebnych postach na forach, zdecydowaliśmy się na pierwszą noc w tym mieście.
Zachodnie wybrzeże przywitalo nas nieustającym deszczem, więc chyba też dlatego jak najszybciej chcieliśmy stąd wyjechać. Poza tym ciągłe zaczepki kierowców tuk-tuków, ich wygórowane ceny tylko nas zniechęciły. To, co można zobaczyć w tym mieście to Negombo Fish Market. Ciekawa propozycja, aby z bliska móc zobaczyć najróżniejsze gatunki ryb, krewetek i ośmiornic.
Ponadto, rejon ten jest bardzo katolicki, więc jest wiele kościołów. Co ciekawe, podczas Mszy, ludzie piknikują na zewnątrz, siedząc wygodnie na trawie. Taka oto mała różnica. Można spotkać tu też kilka hinduistycznych świątyń, gdzie wyznawcy hinduizmu nie wiadomo dlaczego opalają i rozbijają kokosy. Poza tym nie znaleźliśmy żadnej restauracji, żadnego sensownego lokalu, byśmy mogli zjeść, więc na drugi dzień pojechaliśmy do Colombo.
Samo Colombo też nie jest rewelacyjne. Poza główną ulicą (Galle Road) biegnącą tuż przy Pałacu Prezydenckim, Banku Narodowym i wieżach Word Trade Center ( tak, to ta sama nazwa) właściwie nic nie ma. Z plecakami na plecach, tuż przy oceanie, spędziliśmy cały dzień, a o 21 ruszyliśmy na wschodnie wybrzeże, do Trincomalee, w poszukiwaniu słońca…

Informacje praktyczne:
– taxi z lotniska do Negombo 1100 rupii (1000 rupii = 26 zł)
– warto zorientować się w kilku miejscach, zanim zdecydujecie się na nocleg. W Negombo ceny są bardzo wysokie, jak na oferowane warunki (za hotel na plaży, bez klimatyzacji, z ciepłą wodą płaciliśmy 2000 rupii),
– pociąg z Negombo do Colombo Fort (dworzec kolejowy) to koszt 40 rupii od osoby; w pociągu jest jedna klasa, pociągi jeżdżą co dwie godziny, ale lubią się spóźniać,
– tuk-tuk z Galle Road do Colombo Fort – 300 rupii,
– pociąg z zachodu na wschód (Colombo Fort – Trincomalle) – 370 rupii od osoby ( pociąg odjeżdża z peronu 3 o godz. 21. Na miejscu jest ok. godz. 6 następnego dnia. Dostępne są wagony 1, 2 i 3 klasy w cenach odpowiednio 680, 370 i 205 rupii. Bardzo istotne jest, że druga klasa podzielona jest jeszcze na dwie kolejne. Nie znaleźliśmy nigdzie takiej informacji, a i na dworcu też nikt o tym nie mówił. Jest to klasa „normal” i „sleepers”. Różnica pewnie w cenie (choć nie znamy) i w wygodzie. W „sleepersach” są miejsca na pół leżące, a w wagonach „normal” proste i twarde. Same wagony można rozpoznać po tym, że normal oznaczone są samą „2”, a te drugie „2 sleepers”.

20130603-214736.jpg

20130603-214754.jpg

20130603-214814.jpg

20130603-214837.jpg

20130603-214901.jpg

20130603-214922.jpg

<a