PO DWUDZIESTE – Paris, Paris..

Paryż poznaliśmy osobno – Mąż kilka dobrych lat wcześniej, a Żona w pewien wydłużony, zeszłoroczny, marcowy weekend.

Żona zaczęła od zakupu przewodnika, a raczej dwóch przewodników. Zaopatrzona w mapy, informacje jak dostać się do miejsca noclegu i przede wszytskim doborowe towarzystwo, wsiadła na pokład samolotu, by jak najwięcej zaczerpnąć ze światowej stolicy mody.

Co Żona chciała zobaczyć? Wszystko, co było do zobaczenia przez kilka dni. Atrakcje, zabytki, mosty, muzea. Co Żonę zachwyciło? Wino, croissanty, bagietki i tłumy ludzi wypoczywających na polach marsowych tuż pod wieżą Eiffla. Co Żonę rozczarowało? Brudne i śmierdzące ulice Paryża.. Niestety, ale śmietników tam, jak na lekarstwo..

5 dni w Paryżu spokojnie wystarczy na odwiedzenie najważniejszych miejsc i zabytków. Sezon turystyczny trwa przez cały rok. Byłyśmy w marcu, a i tak nie uniknęłyśmy kolejek do Luwru, czy też wieży Eiffla.

Swoją podróż rozpoczęłyśmy właśnie od największego symbolu Francji – wieży Eiffla. Wysiadłyśmy na stacji Trocadéro i tuż po wyjściu z metra, z tarasu pomiędzy dwoma skrzydłami Palais de Chaillot, ujrzałyśmy ponad 300 metrową wieżę. To tu znajduje się chyba najlepsze miejsce do zrobienia najlepszych zdjęć, aby uchwycić w kadrze wieżę w całości. W okolice wieży wracałyśmy kilkakrotnie – aby wjechać na górę (bilet na trzeci poziom 13,10€), aby poleniuchować na polach marsowych i wieczorem, aby zobaczyć migoczące lampki.

IMG_0810

IMG_0823

Z wieży Eiffla roztacza się widok na niezniszczone na przestrzeni lat budynki Paryża. Piaskowe domy, równy układ ulic, w oddali katedra Sacré-Coeur i bliżej Łuk Triumfalny. To właśnie tu trafiłyśmy chyba na jakieś obchody państwowe, bo okolica łuku była wyłączona. Idąc wzdłuż Pól Elizejskich, następnie spacerujac przez ogrody Tuilerie, dotarłyśmy do największego muzeum na świecie – Luwru (bilety 6-9,50€). Znajdując wieczny uśmiech Mona Lisy i tak naprawdę spacerując bez określonego celu po korytarzach Luwru, stwierdziłyśmy, że żadne z nas znawczynie sztuki, więc czas na katedrę Notre Dame..

Luwr

Łuk Triumfalny

A tam? Chyba każdy z nas pamięta bajkę „Dzwonnik z Notre Dame”? Quasimodo, piękną Esmeraldę i charakterystyczną wielką rozetę okienną? W związku z tym, że jest to jedna z moich ulubionych bajek z dzieciństwa, był to obowiązkowy punkt w zwiedzaniu francuskiej stolicy. Mimo, że w Paryżu byłam pierwszy raz, to można powiedzieć, że katedrę widziałam po raz drugi. Jak to możliwe?? Podczas pobytu w Wietnamie juz  raz podziwiałam katedrę, tyle że wybudowaną z czerwonej cegły. Wiadomo, że Wietnam był kolonią francuską. A że Francuzom zachciało się pięknych zabytków w Sajgonie, to przewieźli cegły i w azjatyckim kraju wybudowali drugą katedrę na wzór tej z Paryża. Różnica? Przede wszystkim liczba turystów. W Paryżu mnóstwo, natomiast w Wietnamie turyści byli bardziej zainteresowani zabytkową pocztą ulokowaną tuż obok niż samą katedrą. Cóż.. każdy znajdzie coś dla siebie.

Wracając do Paryża, to niekwestionowanym zwycięzcą okazało się Musée d’Orsay (9,50€). Niesamowity budynek muzeum, który niegdyś był dworcem, do którego przyjeżdzały i skąd odjeżdżały pociągi, jest obecnie zbiorem ciekawych rzeźb, zdjęć, rękodzieła, modeli architektonicznych oraz prac impresjonistycznych. To właśnie sztuka impresjonistów, już trochę bliższa naszym czasom okazała się wypełnieniem kilku naszych godzin.

Znad brzegu Sekwany przeniosłyśmy się na artystyczne wzgórze – Montmartre. Na szczycie wzgórza wznosi się katedra Sacré-Coeur, do której wiodą setki schodów oraz z drugiej strony strome uliczki pełne kawiarni, małych, klimatycznych restauracyjek. Jeśli mielibyście więcej czasu warto udać się do winnicy usytuowanej tuż za Sacré-Coeur albo po prostu przejść się między uliczkami, chłonąc atmosferę i unoszący się zapach świeżo mielonej kawy i ciepłych croissantów.

Sacré-Coeur

Na koniec zostawiłyśmy sobie nowoczesną i biznesową dzielnicę La Défense oraz Grande Arche – łuk, będący współczesną odpowiedzią na  Łuk Triumfalny. Ciekawy? Kwestia gustu. Dla mnie trochę niepasujący do całego obrazu Paryża, ale kilka dobrych lat wcześniej wywarł on niesamowite wrażenie na mojej drugiej Połówce 🙂

Informacje praktyczne:

– lot na trasie Poznań Ławica – Paris Beauvais wyniósł nas ok. 300 zł/os. w dwie strony; warto sprawdzać, bo bilety można znaleźć w jeszcze niższych cenach;

– po wyjściu z lotniska podstawione są autobusy do centrum Paryża (Porte Maillot – ok. 1,5 h) – bilety do nabycia w maleńkiej budce tuż obok; w 2012 – 15 €/os (na jakimś forum natknęłam się na informację, że obecnie to 16€);

– w Paryżu zatrzymałam się u pewnej Polki oferującej pokoje do wynajęcia. W internecie jest masa podobnych ogłoszeń, więc niekoniecznie trzeba zatrzymać się w którymś z drogich hoteli (cena ok. 30 €/doba);

– transport publiczny jest bardzo dobrze rozwinięty (metro, autobusy, kolej miejska RER). W pierwszym punkcie informacyjnym dostałyśmy mapę, z której korzystałyśmy przez cały pobyt i wierzcie mi – tam nie można się zgubić! Zaopatrzyłyśmy się też w 3-dniowy karnet „Paris Visite” (z tego co pamiętam wyniósł on ok. 22 €) oraz kilka pojedynczych biletów;

– można też poruszać się Batobusem, czyli niewielkim statkiem wycieczkowym pływającym po Sekwanie. Nie pamiętam dokładnej ceny, ale była dość wysoka, dlatego ominęłyśmy ten punkt.

PO CZTERNASTE – Arugam Bay

Przyzwyczajeni do lankijskich ponad 30-stu stopni, chcieliśmy jak najszybciej uciec z 15-sto stopniowego regionu Nuwara Elija. Nie to, że nie podobały nam się krajobrazy, że nie byliśmy zachwyceni otoczeniem herbat. Po prostu przez spędzone w tym miejscu zaledwie dwa dni, cierpieliśmy na brak słońca 😉 Ruszyliśmy znów na wschód.
Po kilkugodzinnej podróży z kilkoma przesiadkami dostaliśmy się wprost do krainy surferów. To miejsce wręcz stworzone dla nich. Ogromne, załamujące się fale, mnóstwo sklepów i wypożyczalni desek. Kilka szkółek surfingu i wiele knajp. Hotel przy hotelu, tuk-tuk przy tuk-tuku. Arugam Bay to chyba najbardziej turystyczne miejsce, do którego dotarliśmy do tej pory na Sri Lance. Mimo to, miało w sobie jakiś klimat, przez który i dzięki któremu zostaliśmy w tym miejscu trochę dłużej niż planowaliśmy..

Informacje praktyczne:

– z Nuwara Elija dostaliśmy się autobusem do Badulla (112 Rs od osoby), następnie z Badulla do Monaragala (105 Rs od osoby), z Monaragala do Pottuvil (150Rs od osoby) i z Pottuvil do Arugam (2,5 km) tuk-tukiem za 150 Rs;

– nocleg: zatrzymaliśmy się w Hotel Beach Coral – dla nas jedno z najlepszych i najtańszych miejsc na wyspie. Za pokój z wiatrakiem, standardowo z łazienką, werandą i wi-fi płaciliśmy 1000 Rs (!);

– nie warto szukać na siłę pokoju z ciepłą wodą. Praktycznie wszędzie oferują zimną, która i tak okazuje się ciepła. Poza tym, przy takich upałach marzyliśmy tylko o zimnej;

– przy głównej ulicy jest mnóstwo restauracyjek oferujących lokalne i nie tylko jedzonko – ceny raczej wszędzie podobne, a taniej niż w hotelowej restauracji (bardzo dobre zupki w knajpce „Why not?”)

– warto się przejść wzdłuż plaży – można znaleźć naprawdę dziewicze, bezludne miejsca!

– do Pottuvil można pojechać po zakupy – jest market i targ, gdzie można kupić tańsze produkty niż w Arugam;

– Arugam Bay jest odpowiednie dla tych, którzy chcą „powalczyć” z falami. Pływać się tu normalnie raczej nie da, ale Szymek miał dobrą zabawę stawiając czoła ogromnym falom 🙂

20130711-220349.jpg

20130711-220402.jpg

20130711-220415.jpg

20130711-221352.jpg

20130711-221359.jpg
20130711-220434.jpg

20130711-220441.jpg

20130711-220502.jpg

20130711-220508.jpg

20130711-220518.jpg

20130711-220525.jpg

20130711-220539.jpg

20130711-220545.jpg

20130711-220555.jpg

20130711-220614.jpg

20130711-220622.jpg

<a

PO DWUNASTE – Wolność w niewoli

Zafascynowani widokiem kilku słoni, zdecydowaliśmy, że zobaczymy Pinnawala, a właściwie Elephant Orphanage. To sierociniec dla słoni, utworzony w 1975 roku, w którym przebywa najliczniejsze na świecie stado trzymane w niewoli. Pierwotnie miało być to schronienie dla sierot oraz słoni, które ucierpiały np. przez kłusownikôów. Obecnie miejsce to zamieszkuje ponad 80 słoni. Mają stworzone warunki tak, by jak najbardziej przypominały naturalne środowisko, jednak w Pinnawala słonie poddawane są pewnemu rygorowi, bowiem mają tzw. plan dnia:

  • 8.30 – otwarcie sierocińca
  • 8.30-9.15 – śniadanie ( słonie dostają głównie liście palmowe i liście bananowca)
  • 9.15 – karmienie małych słoniątek (za dodatkową opłatą można potrzymać butelkę)
  • 10.00 – przejście słoni nad pobliską rzekę
  • 12.00 – powrót z rzeki do zagrody
  • 12.00-13.15 – lunch
  • 13.15 – karmienie słoniątek
  • 14.00 – ponowne przejście nad rzekę
  • 16.00 – powrót do sierocińca
  • 17.00 – karmienie słoniątek
  • 18.00 – zamknięcie sierocińca

Wypad słoni nad rzekę jest ciekawym widowiskiem. Te potężne ssaki przechodzą pomiędzy wąskimi uliczkami, przy których usytuowani są sklepikarze z pamiątkami dla turystów. Podczas, gdy słonie pluskają się w rzece, na turystów czekają restauracje umiejscowione przy niej, aby był jak najlepszy widok.
Po powrocie słoni do sierocińca można sobie robić z nimi zdjęcia, gdy te wypoczywają na polanie. Uwaga na panów z obsługi, bowiem odganiają słonie od ludzi, tylko po to, aby sami mogli zrobić nam zdjęcia i oczywiście wziąć za tę przysługę pieniądze.
Na uwagę zasługuje też fabryka papieru z odchodów słoni znajdująca się zaraz na początku uliczki prowadzącej nad rzekę. Co prawda oprowadzenie po niej trwa max.5 minut, ale osoba po niej oprowadzająca tłumaczy bardzo ciekawie.
Wejście jest bezpłatne, ale na koniec wchodzi się do sklepu, gdzie właściciele liczą na to, że zrobi się jakiś zakup.
20130622-174222.jpg
Wrażenia? Widok tylu słoni widzianych w stadzie wywołał uśmiech na naszych twarzach, jednak łańcuchy, panowie z oszczepami, ustalone dokładne godziny co robi słoń i o której godzinie..to chyba nie było przyjemne. Mieliśmy wrażenie, że słonie patrzą na nas swoimi smutnymi oczami…
Pewnie idea powstania sierocińca miała jak najbardziej słuszny charakter, ale obecnie, ponad połowa z tych zwiedząt urodziła się już w niewoli. Co to oznacza? Że sierociniec zatracił swój charakter, że coraz mniej tu sierot zwożonych z całej wyspy, a coraz więcej słoni nie znających wolności. Trochę to przykre, ale poprzez odwiedzenie tego miejsca i zakup biletów, także i my dołączyliśmy do tej rzeszy turystów, którzy tak naprawdę napędzają ten interes…

Informacje praktyczne:
– jadąc do Pinnawala pojechaliśmy autobusem do Mawanella ( koszt ok. 40 Rs za osobę), a następnie tuk-tuka za 500 Rs;
– bilet wstępu do sierocińca 2250 Rs;
– karmienie słoniątek dodatkowo 250 Rs.

20130622-172558.jpg

20130622-172623.jpg

20130622-172640.jpg

20130622-172650.jpg

20130622-172713.jpg

20130622-172721.jpg

20130622-172911.jpg

20130622-173036.jpg

20130622-173147.jpg

20130622-173205.jpg

<a

PO JEDENASTE – Trójkąt kulturalny cz. IV

Kandy, to ostatni punkt w Trójkącie Kulturalnym. To historyczne miasto, z jeziorem w centrum, także wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO, na tyle nas zafascynowało, że zostaliśmy tu aż cztery dni. Właściwie nie wiemy dlaczego tak zachwyciliśmy się tym miejscem, ale potraktowaliśmy je nie tylko jako miejsce zwiedzania, punkt wypadowy do innych atrakcji, ale też jako właściwe miejsce do obserwowania życia ulicznego, mieszkańców i ich zwyczajów.
Kandy, to czwarte co do wielkości miasto na Sri Lance. W przeszłości było wielokrotnie atakowane przez Holendrów, Portugalczyków i Anglików, jednak nigdy nikomu nie udało się go zdobyć. Obecnie, przyciąga tłumy turystów chcących odwiezić Świątynię Relikwii Zęba Buddy ( właściwie Sri Dalada Maligawa), czyli jedną z największych atrakcji na wyspie. Z naszej strony, nie rozumiemy fenomenu tej świątyni. Oczywiście dla wyznawców buddyzmu ma ona ogromne znaczenie, ale dla nas, wyznawców innej religii, nie była ona niczym szczególnym. Być może dlatego, że nie czuliśmy jej klimatu…
To co na nas zrobiło wrażenie, to tysiące kwiatów przynoszonych w ofierze. Chyba najbardziej utwiły nam one w pamięci. Warto jednak zobaczyć resztę kompleksu – drewniane zadaszenie wsparte na bogato rzeźbionych kolumnach, Muzeum Słonia Raja, czyli wypchanego słonia stojącego za szkłem, który do 1988 roku uczestniczył w obchodach świąt oraz dawny pałac królewski.
Tuż za miastem, 7 km od centrum, utworzony został ogród botaniczny Paradenija. Ma wytyczone alejki dla turystów, ale korzystanie z trawników także jest dozwolone. Mnóstwo jest tu drzew i innych roślin, przy których są tabliczki mówiące co to za roślina, jak i jakie jest jej pochodzenie. Warto poświęcić na ten ogród jakieś 3-4 godziny, aby w spokoju podziwiać naturę. Przed wejściem dobrze też wziąć mapę ogrodu – na pewno się przyda.Informacje praktyczne:
– bilet wstępu do Świątyni Relikwii Zęba Buddy, to koszt 1000 Rs/os. ( należy mieć zakryte kolana i ramiona, a buty pozostawić tuż przy budce z biletami);
– przejazd z centrum (tuż przy jeziorze) do ogrodu botanicznego Paradenija to koszt 300Rs w jedną stronę (warto pytać kilku tuk-tuków, bo za przejazd chcieli nawet 700Rs);
– bilet wstępu do ogrodu-1100 Rs za osobę;
– dobre i tanie jedzenie serwują w restauracjach Devon i White House przy głównej ulicy, ale warte polecenia są też piekarnie usytuowane po obu stronach drogi. Mają w nich najlepsze bułki z różnymi nadzieniami (np. ryba, kurczak, jajka, chili);
– spaliśmy w Kandy Paris Hotel, jak do tej pory najlepszy hotel, jaki mieliśmy do tej pory. Znajduje się po drugiej stronie jeziora (jakieś 15-20 min. spacerkiem do centrum). Za pokój z klimatyzacją, ciepłą wodą i wi-fi płaciliśmy 3700Rs.

20130619-162714.jpg

20130619-162707.jpg

20130619-162655.jpg

20130619-162736.jpg

20130619-162724.jpg

20130619-162756.jpg

20130619-163316.jpg

20130619-163602.jpg

20130619-163623.jpg

20130619-163506.jpg

PO DZIESIĄTE – Trójkąt kulturalny cz. III

Dambula – kolejne miejsce na mapie naszej podróży. To zespół buddyjskich świątyń z wieloma wizerunkami i posągami buddy oraz licznymi malowidłami ściennymi. Wybudowana została w I w. p.n.e. i przez kolejnych władców była wciąż rozbudowywana. Obecnie, wpisana na listę UNESCO Rangiri, czyli tzw. Złota Świątynia, składa się z 5 części (jaskiń), w których jest w sumie ponad 150 statuetek buddy. Na kompleks składa się jeszcze Muzeum Buddyjske (mało ciekawe z kolejnymi figurami buddy) wraz z ogromną statuą buddy (tak dla odmiany;)
Udając się do świątyni po prawej stronie czekają na nas budki z biletami. Przed nami ukazują się też ogromne schody prowadzące do muzeum, po prawej stronie figurki mnichów podążających do buddy, a po lewej znajduje się właściwe wejście do świątyni. Tutaj przed nami kolejne wejście po schodach. Mijamy kobiety chcące sprzedać kwiaty, mężczyzn wciskających nam liczne pamiątki oraz małpy wylegujące się na kamieniach. W końcu ukazują nam się strażnicy, którzy sprawdzają bilety oraz Złota Świątynia. Chodzimy, zwiedzamy, jednak nie robi to na nas wielkiego wrażenia. Czujemy, że znów to samo – figurki buddy. Dla nas wszystkie takie same, choć podobno są różne.
Dambula, to miasto pomiędzy Habarana a Kandy. Poza wspomnianą świątynią nie ma niczego do zaoferowania, więc łapiemy kolejny autobus i jedziemy do Kandy.

Informacje praktyczne:
– autobus z Habarana do Dambuli to koszt 45 Rs/os.;
– tuk-tuk z przystanku w Dambuli do świątyni – 200 Rs;
– bilet do świątyni – ok. 2000 Rs/os., ale tutaj mogę się mylić!
– do świątyni trzeba mieć zakryte kolana i bose stopy;
– opłata za przechowywanie bagażu 100 Rs (plecaki zostawiliśmy w muzeum);
– tuk- tuk ze świątyni na przystanek – 150 Rs;
– autobus z Dambuli do Kandy 190 Rs (klimatyzowany mały busik; policzyli nam 3 bilety, bo stwierdzili, że nasze plecaki są za duże).

20130614-212549.jpg

20130614-212616.jpg

20130614-212700.jpg

20130614-212640.jpg

20130614-212833.jpg

20130614-212849.jpg

20130614-212906.jpg

PO DZIEWIĄTE – Trójkąt kulturalny cz. II

Z Polonnaruwa udaliśmy się w dalszą podróż, aby zwiedzić najciekawsze zakątki Cejlonu. Tym razem za cel obraliśmy Sigarije, którą mijaliśmy po drodze i która ułatwiła nam przemieszczenie się na południe Sri Lanki. Z racji, że Pan z tuk-tuka, którego zatrzymaliśmy okazał się przewodnikiem, spędził z nami praktycznie cały dzień.
Na początek Muzeum Sigarija, które mieści się naprzeciw skały. Tam też przed wejściem znajduje się budka z biletami. Oddane do użytku w 2009 roku muzeum nie jest zachwycające. Widać różnicę, która cześć jest zrobiona przez Lankijczyków, a która ufundowana przez Japończyków. Właśnie w tej „japońskiej” części znajduje się makieta skały i okolic, która była najciekawsza z tego wszystkiego.. Z racji, ze wszyscy Lankijczycy chodzą wyłącznie w japonkach, ciekawostką były ponadto historyczne japonki.
Po muzeum przyszedł w końcu czas na zdobycie skały. The Sigarija Rock, to nic innego jak wymysł króla Kassjapy. Taki sobie oto Pan, wymyślił, że chce mieć swoje pałace, baseny, w których kąpią się najpiękniejsze kobiety przywożone z całego świata oraz trony na szczycie skały… Czego się nie robi dla króla, prawda?
Aby dostać się na szczyt, zdobywanie skały rozpoczyna się od fosy, przy której stoją obecnie budki strażników sprawdzających bilety (ta po lewej stronie jest dla zagranicznych turystów). Następnie wchodzimy na teren dawnych ogrodów łazienkowych i basenowych, gdzie były kiedyś przebieralnie dla kobiet króla, salony piękności oraz baseny. Po obejrzeniu dawnego SPA, zaczyna się najtrudniejszy etap -ogrody kaskadowe, czyli schody pomiędzy skałami. Następnie czeka na nas kolejny kontroler biletów, za którym można wejść krętymi schodami do jaskini, w której znajdują się zachowane do dnia dzisiejszego malowidła przedstawiające kobiety króla. Z tego miejsca wchodzimy dalej po schodach aż do platformy lwa. To tutaj znajdowało się główne wejście do prywatnych kwater króla, oznaczone gigantycznymi łapami lwa. To ostatni etap, aby dostać się na górę. Po przejściu metalowymi schodami czekają już na nas tylko ruiny pałacu królewskiego i basenów oraz wspaniałe widoki na okolicę.

20130612-192036.jpg

20130612-192105.jpg

A co było po tym? Spice Garden, czyli ajuwerdyjski ogród przypraw oraz „safari”, a następnie kolacja w domu naszego przewodnika. Miało być prawdziwe safari, a okazało się, że jeździliśmy tuk-tukiem po normalnych drogach, przy których co jakiś czas było widać dzikie słonie. Dlatego jeśli ktoś będzie oferował Wam safari w okolicach Habarany, lepiej weźcie opcję z samochodem, bo okazuje się, że tuk-tukiem nie można wjeżdżać w boczne drogi.
Ciekawa jednak była kolacja z przewodnikiem i jego żoną. Zobaczyliśmy prawdziwe życie mieszkańców Cejlonu, wnętrze ich domu. Dostaliśmy owoce, mięso z bawoła, smażone rybki i oczywiście tradycyjne i wszechobecne „rice and curry.” Nuwan (takie było jego imienia) namawiał nas, byśmy polecali go w wszystkim z naszego kraju, ale obawiam się, ze to nie jest dobry pomysł, bo jeżdżąc z nami był nieźle pijany po wypiciu dwóch piw (8,8% każde). Teraz nam do śmiechu, ale jadąc z nim, momentami nie było już tak śmiesznie..

Informacje praktyczne:
– aby dotrzeć do Sigarija zatrzymaliśmy się w Habarana. Spaliśmy w Derana Guest House (ostatni budynek po lewej stronie jadąc w stronę Kandy). Cena wyjściowa za pokój z AC i ciepłą wodą, to 3500 Rs. Obniżyliśmy cenę do 3000 Rs, a na drugi dzień do 2500 Rs, z racji, że miał być internet, a go nie było. Wielkie było nasze zdziwienie, że po zjedzonym u nich śniadaniu, właściciel nie miał pieniędzy na wydanie, więc posiłek dostaliśmy gratis:) Warto zaznaczyć, ze wokół mnóstwo jest najróżniejszych handlarzy i raczej mieliby gdzie rozmienić pieniądze, ale to już nie nasz problem..
– bilet do Sigarija, to koszt 3750 Rs od osoby (muzeum i skała). Zaopatrzcie się przed wejściem w butelkę wody, bo po drodze nie ma gdzie kupić;
– za dojazd do Sigarija z Habarany (ok. 20 km w dwie strony) zapłaciliśmy 800Rs;
– za „safari” tuk-tukiem w okolicach Habarany (ok. 1h) oraz lankijską kolację w domu przewodnika płaciliśmy 2000 Rs (+1000 Rs daliśmy napiwku dla jego żony, która przygotowywała potrawy);
– wejście do Spice Garden bezpłatne. Właściciel opowiada o każdej z przypraw (np. curry, kolendra, ananasy, wanilia, aloes), przy czym liczy, że w jego sklepie zakupi się jakiś produkt. Kupiliśmy czarny pieprz za 250 Rs.

20130612-192617.jpg

20130612-192639.jpg

20130612-192711.jpg

20130612-192656.jpg

20130612-194347.jpg

20130612-194421.jpg

20130612-192735.jpg

20130612-194954.jpg

20130612-195120.jpg

20130612-195018.jpg

20130612-195006.jpg

20130612-203154.jpg

20130612-203441.jpg

PO DRUGIE

Po drugie, czyli przygotowania. Pewnie każdy z Was pakując się przeżywa męczarnie. Co wziąć? Co zostawić? Nam pakowanie się poszło nawet sprawnie. Przyjęliśmy, że każdy z plecaków nie może przekraczać 8 kg, ale niestety troszkę nam przybyło bagażu.. Co w takim razie zabrać w azjatycką podróż? Przede wszystkim dobry humor 🙂

Nie można także zapomnieć o:

  • szorty
  • t-schirty
  • bluza
  • długie spodnie
  • kąpielówki
  • kapelusze
  • okulary przeciwsłoneczne
  • kurtka przeciwdeszczowa
  • bielizna
  • buty pełne, sandały, japonki
  • paszporty
  • wizy
  • karty do bankomatów
  • trochę gotówki
  • niezbędne lekarstwa
  • linka do prania
  • scyzoryk
  • taśma
  • książka
  • kosmetyki
  • mapy
  • przewodniki
  • suszarka
  • latarka
  • laptop/notebook/tablet

Oczywiście każdy z Was zabierze to, co uważa za stosowne. Pamiętajcie, że wszystko co spakujecie, będziecie nosić ze sobą. My tymczasem spakowani, czekamy na Colombo!

20130530-234843.jpg

PO PIERWSZE

Po pierwsze, bo to pierwszy wpis. Miało być tak łatwo, a tu proszę – chyba najtrudniej coś stworzyć, co ma pozostać tym pierwszym na zawsze. Zastanawiam się co napisać.. Historię pod tytułem „jak to się wszystko zaczęło”? Albo coś w stylu „i co będzie dalej”?
Może po prostu- zaczynamy pisać o podróżach. Kilka za nami, ale myślę, że jeszcze więcej przed nami. Podobno marzenia się spełniają, więc i my trzymamy się tej zasady, a przynajmniej głęboko w to wierzymy!! Zatem dlaczego blog? Dlaczego piszemy?

Bloga piszemy dla siebie, żebyśmy nie zapomnieli gdzie byliśmy, co widzieliśmy, co robiliśmy, co jedliśmy i jaką przemierzyliśmy drogę. Dla Rodziny- bo niesamowicie się martwią i tęsknią. Dla Przyjaciół – aby pakowali się i na następne urlopy jechali z nami. I dla Czytelników – o ile tacy się znajdą, aby skorzystali z naszych rad i wskazówek, gdy będą zmierzali w tym samym kierunku co my.

Oczywiście uprzedzam- nie jesteśmy pisarzami, modelami, fotografami, więc nie łudźcie się, że kiedykolwiek nimi zostaniemy:-) Spróbujemy pisać to, o czym sami chcielibyśmy czytać. Fotografować to, co chcielibyśmy widzieć i pozować – hmmm.. jedynie do własnych zdjęć:-)

Dopiero zaczynamy, a już niedługo, bo za kilka dni jedziemy w prawie miesięczną podróż na Sri Lankę. Z pozostałymi i zaległymi wpisami na temat zwiedzonych już krajów chciałam zdążyć przed wyprawą, ale to już mi się chyba nie uda..  Będzie więc na odwrót! Od końca. Najpierw Cejlon, czyli herbaciana wyspa, a później powrót do przeszłości. Niemcy, czyli jak to się zaczęło. Austria – nauka sportów zimowych. Wietnam, czyli ponad 2000 km na skuterach. Francja, a raczej jej stolica. Chorwacja, czyli szybka podróż poślubna i.. Zobaczymy co przyniesie nowy rok. Nasze głowy są już pełne pomysłów, ale skupmy się na tym co wkrótce przed nami…