PO TRZYNASTE – O słynnej cejlońskiej herbacie i Horton Plains

Z czego najbardziej słynie Sri Lanka? Oczywiście z herbaty! Tak więc być na wyspie i nie zobaczyć plantacji herbaty? To nie wchodziło w grę. Aby zobaczyć słynną Ceylon Tea, jako bazę wypadową wybraliśmy miasto i region Nuwara Elija, czyli górski teren pokryty plantacjami herbaty oraz tarasowymi polami uprawnymi, na których uprawia się warzywa. Dotarliśmy tu pociągiem, gdyż czytaliśmy wcześniej o wspaniałych widokach. I rzeczywiście – ponad czterogodzinna podróż się opłaciła. Mimo deszczu, widoki rewelacyjne! Góry, zbocza – wszystko porośnięte krzewami herbaty.
Ale region ten nie tylko słynie z samej herbaty. To także parki narodowe i liczne wodospady. Na pogodę nie mogliśmy liczyć, bo o tej porze roku są tam najniższe temperatury (15stopni) i co ciekawe – mieszkańcy chodzą ubrani w czapki, zimowe kurtki i oczywiście japonki. Zatem i my, ubrani od stóp do głów, ruszyliśmy najpierw do Parku Narodowego Horton Plains, a następnie na plantacje herbaty i wodospady.
Wyjazd – godzina 5.00. Jedziemy wraz z poznanym dzień wcześniej kierowcą, wśród poprzewracanych po huraganie drzew. Deszcz pada coraz mocniej, więc jestem coraz bardziej przerażona. Szymek jest spokojny, choć przed nami 9 km wędrówki. Po godzinie docieramy na miejsce. Kupujemy bilety i ruszamy. Decydujemy się zdobyć World’s End. Dwa końce świata z widokami, które podobno zapierają dech w piersiach. Chcemy się o tym sami przekonać, więc idziemy.. Na początek kierujemy się do małego końca świata. Idziemy przez równiny co jakiś czas wkraczając do lasów deszczowych z wyboistymi drogami. W końcu jesteśmy. Ukazuje się nam ogromna przestrzeń, widok spowity lekką mgłą. Idziemy dalej. Po ok. 3 km. docieramy do właściwego końca świata. I tu znów kolejne wspaniałe widoki. U podnóża gór zauważamy maleńką wioskę, a tuż za nią rzekę, a może jezioro.. Zbocza porośnięte drzewami, stłumione odgłosy zwierząt. Spotykamy tu naszych Rodaków i po krótkiej pogawędce ruszamy dalej. Przed nami 5 km wędrówki, ale zbaczamy z trasy i idziemy ku wodospadom Bakera. Opisywane jako jedne z najbardziej zachwycajcych na nas nie robią wielkiego wrażenia. W Wietnamie byliśmy przy bardziej okazałym wodospadzie, ale o tym później 🙂 Pakujemy aparat i znów w drogę. Wracamy na parking, gdzie czeka na nas kierowca i ruszamy na plantacje!
20130701-225847.jpg

20130701-230035.jpg

20130701-230103.jpg

20130701-230305.jpg

20130701-230332.jpg

20130701-230414.jpg

20130701-230450.jpg

20130701-230517.jpg

Jedziemy krętymi drogami podziwiając krajobrazy. Po lewej herbata, po prawej herbata, gdzieniegdzie wodospady – małe, większe, coraz większe. Nie wyjmujemy aparatu, nie robimy zdjęć. Wolimy zatrzymać widoki dla siebie. Szkoda nam czasu na zdjęcia, mimo że jedziemy ok. 2 godzin. Dojeżdżamy do fabryki herbaty. Wychodzi naprzeciw nam lankijska dziewczyna pyta się skąd jesteśmy, po czym po polsku wymienia nam rodzaje herbat. Czarna, biała, czerwona, zielona. Po kolei opowiada nam proces produkcyjny, pokazuje maszyny, piec. Dla mnie fabryka jak fabryka, piec jak piec. Szymek kręci głową i jest w coraz większym szoku, że w takich warunkach można coś produkować. U nas się mówi, że „cudze chwalicie, swego nie znacie”. Tutaj obowiązuje raczej zasada, że ” swoje chwalcie, bo cudzego nie znacie”. To chyba jest najwłaściwsze określenie dla kondycji fabryki. Po szybkim przejściu przez fabrykę kierujemy się w stronę sklepu, w którym oczywiście kupujemy herbatę. Ceny duże, więc lepiej kupić jedną na pamiątkę wizyty w fabryce, a w resztę na bazarze. Zmęczeni wracamy do miasta. Dajemy jeszcze jedną szansę Nuwara Elija – spędzamy tam wieczór włócząc się po ulicach, a następnego dnia jedziemy dalej..

Informacje praktyczne:

– z Kandy jedziemy pociągiem do stacji Nanu Oya (11 km od Nuwara Elija). Na stacji mnóstwo tuk-tuków, więc bez problemu można dostać się do miasta. My wybieramy tańszą opcję, więc idziemy do głównej drogi w poszukiwaniu autobusu. Zatrzymuje się przy nas kilka samochodów oferując „local price”, ale w rezultacie jedziemy z dwoma panami, którzy zawożą nas za darmo (cena biletu na pociąg to 180 Rs od osoby);
– wynajęcie kierowcy, który zawiezie nas do Horton Plains i obwiezie po wodospadach i plantacjach herbaty to koszt 3500Rs za park i 4000 Rs za fabrykę i wodospady (ok.9 godzin);
– wstęp do parku 5740 Rs za dwie osoby;
– warto wziąć ze sobą do parku coś ciepłego i płaszcz przeciwdeszczowy, bo mogą nas zaskoczyć różne warunki pogodowe;
– nocleg: Glenfall Resort, 3500 Rs za pokój (w cenie wi-fi i ciepła woda) + liczą sobie 10% za obsługę.

20130701-230610.jpg

20130701-230634.jpg

20130701-230657.jpg

20130701-230711.jpg

20130701-230736.jpg

20130701-230720.jpg

Reklamy

PO DWUNASTE – Wolność w niewoli

Zafascynowani widokiem kilku słoni, zdecydowaliśmy, że zobaczymy Pinnawala, a właściwie Elephant Orphanage. To sierociniec dla słoni, utworzony w 1975 roku, w którym przebywa najliczniejsze na świecie stado trzymane w niewoli. Pierwotnie miało być to schronienie dla sierot oraz słoni, które ucierpiały np. przez kłusownikôów. Obecnie miejsce to zamieszkuje ponad 80 słoni. Mają stworzone warunki tak, by jak najbardziej przypominały naturalne środowisko, jednak w Pinnawala słonie poddawane są pewnemu rygorowi, bowiem mają tzw. plan dnia:

  • 8.30 – otwarcie sierocińca
  • 8.30-9.15 – śniadanie ( słonie dostają głównie liście palmowe i liście bananowca)
  • 9.15 – karmienie małych słoniątek (za dodatkową opłatą można potrzymać butelkę)
  • 10.00 – przejście słoni nad pobliską rzekę
  • 12.00 – powrót z rzeki do zagrody
  • 12.00-13.15 – lunch
  • 13.15 – karmienie słoniątek
  • 14.00 – ponowne przejście nad rzekę
  • 16.00 – powrót do sierocińca
  • 17.00 – karmienie słoniątek
  • 18.00 – zamknięcie sierocińca

Wypad słoni nad rzekę jest ciekawym widowiskiem. Te potężne ssaki przechodzą pomiędzy wąskimi uliczkami, przy których usytuowani są sklepikarze z pamiątkami dla turystów. Podczas, gdy słonie pluskają się w rzece, na turystów czekają restauracje umiejscowione przy niej, aby był jak najlepszy widok.
Po powrocie słoni do sierocińca można sobie robić z nimi zdjęcia, gdy te wypoczywają na polanie. Uwaga na panów z obsługi, bowiem odganiają słonie od ludzi, tylko po to, aby sami mogli zrobić nam zdjęcia i oczywiście wziąć za tę przysługę pieniądze.
Na uwagę zasługuje też fabryka papieru z odchodów słoni znajdująca się zaraz na początku uliczki prowadzącej nad rzekę. Co prawda oprowadzenie po niej trwa max.5 minut, ale osoba po niej oprowadzająca tłumaczy bardzo ciekawie.
Wejście jest bezpłatne, ale na koniec wchodzi się do sklepu, gdzie właściciele liczą na to, że zrobi się jakiś zakup.
20130622-174222.jpg
Wrażenia? Widok tylu słoni widzianych w stadzie wywołał uśmiech na naszych twarzach, jednak łańcuchy, panowie z oszczepami, ustalone dokładne godziny co robi słoń i o której godzinie..to chyba nie było przyjemne. Mieliśmy wrażenie, że słonie patrzą na nas swoimi smutnymi oczami…
Pewnie idea powstania sierocińca miała jak najbardziej słuszny charakter, ale obecnie, ponad połowa z tych zwiedząt urodziła się już w niewoli. Co to oznacza? Że sierociniec zatracił swój charakter, że coraz mniej tu sierot zwożonych z całej wyspy, a coraz więcej słoni nie znających wolności. Trochę to przykre, ale poprzez odwiedzenie tego miejsca i zakup biletów, także i my dołączyliśmy do tej rzeszy turystów, którzy tak naprawdę napędzają ten interes…

Informacje praktyczne:
– jadąc do Pinnawala pojechaliśmy autobusem do Mawanella ( koszt ok. 40 Rs za osobę), a następnie tuk-tuka za 500 Rs;
– bilet wstępu do sierocińca 2250 Rs;
– karmienie słoniątek dodatkowo 250 Rs.

20130622-172558.jpg

20130622-172623.jpg

20130622-172640.jpg

20130622-172650.jpg

20130622-172713.jpg

20130622-172721.jpg

20130622-172911.jpg

20130622-173036.jpg

20130622-173147.jpg

20130622-173205.jpg

<a

PO JEDENASTE – Trójkąt kulturalny cz. IV

Kandy, to ostatni punkt w Trójkącie Kulturalnym. To historyczne miasto, z jeziorem w centrum, także wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO, na tyle nas zafascynowało, że zostaliśmy tu aż cztery dni. Właściwie nie wiemy dlaczego tak zachwyciliśmy się tym miejscem, ale potraktowaliśmy je nie tylko jako miejsce zwiedzania, punkt wypadowy do innych atrakcji, ale też jako właściwe miejsce do obserwowania życia ulicznego, mieszkańców i ich zwyczajów.
Kandy, to czwarte co do wielkości miasto na Sri Lance. W przeszłości było wielokrotnie atakowane przez Holendrów, Portugalczyków i Anglików, jednak nigdy nikomu nie udało się go zdobyć. Obecnie, przyciąga tłumy turystów chcących odwiezić Świątynię Relikwii Zęba Buddy ( właściwie Sri Dalada Maligawa), czyli jedną z największych atrakcji na wyspie. Z naszej strony, nie rozumiemy fenomenu tej świątyni. Oczywiście dla wyznawców buddyzmu ma ona ogromne znaczenie, ale dla nas, wyznawców innej religii, nie była ona niczym szczególnym. Być może dlatego, że nie czuliśmy jej klimatu…
To co na nas zrobiło wrażenie, to tysiące kwiatów przynoszonych w ofierze. Chyba najbardziej utwiły nam one w pamięci. Warto jednak zobaczyć resztę kompleksu – drewniane zadaszenie wsparte na bogato rzeźbionych kolumnach, Muzeum Słonia Raja, czyli wypchanego słonia stojącego za szkłem, który do 1988 roku uczestniczył w obchodach świąt oraz dawny pałac królewski.
Tuż za miastem, 7 km od centrum, utworzony został ogród botaniczny Paradenija. Ma wytyczone alejki dla turystów, ale korzystanie z trawników także jest dozwolone. Mnóstwo jest tu drzew i innych roślin, przy których są tabliczki mówiące co to za roślina, jak i jakie jest jej pochodzenie. Warto poświęcić na ten ogród jakieś 3-4 godziny, aby w spokoju podziwiać naturę. Przed wejściem dobrze też wziąć mapę ogrodu – na pewno się przyda.Informacje praktyczne:
– bilet wstępu do Świątyni Relikwii Zęba Buddy, to koszt 1000 Rs/os. ( należy mieć zakryte kolana i ramiona, a buty pozostawić tuż przy budce z biletami);
– przejazd z centrum (tuż przy jeziorze) do ogrodu botanicznego Paradenija to koszt 300Rs w jedną stronę (warto pytać kilku tuk-tuków, bo za przejazd chcieli nawet 700Rs);
– bilet wstępu do ogrodu-1100 Rs za osobę;
– dobre i tanie jedzenie serwują w restauracjach Devon i White House przy głównej ulicy, ale warte polecenia są też piekarnie usytuowane po obu stronach drogi. Mają w nich najlepsze bułki z różnymi nadzieniami (np. ryba, kurczak, jajka, chili);
– spaliśmy w Kandy Paris Hotel, jak do tej pory najlepszy hotel, jaki mieliśmy do tej pory. Znajduje się po drugiej stronie jeziora (jakieś 15-20 min. spacerkiem do centrum). Za pokój z klimatyzacją, ciepłą wodą i wi-fi płaciliśmy 3700Rs.

20130619-162714.jpg

20130619-162707.jpg

20130619-162655.jpg

20130619-162736.jpg

20130619-162724.jpg

20130619-162756.jpg

20130619-163316.jpg

20130619-163602.jpg

20130619-163623.jpg

20130619-163506.jpg

PO DZIESIĄTE – Trójkąt kulturalny cz. III

Dambula – kolejne miejsce na mapie naszej podróży. To zespół buddyjskich świątyń z wieloma wizerunkami i posągami buddy oraz licznymi malowidłami ściennymi. Wybudowana została w I w. p.n.e. i przez kolejnych władców była wciąż rozbudowywana. Obecnie, wpisana na listę UNESCO Rangiri, czyli tzw. Złota Świątynia, składa się z 5 części (jaskiń), w których jest w sumie ponad 150 statuetek buddy. Na kompleks składa się jeszcze Muzeum Buddyjske (mało ciekawe z kolejnymi figurami buddy) wraz z ogromną statuą buddy (tak dla odmiany;)
Udając się do świątyni po prawej stronie czekają na nas budki z biletami. Przed nami ukazują się też ogromne schody prowadzące do muzeum, po prawej stronie figurki mnichów podążających do buddy, a po lewej znajduje się właściwe wejście do świątyni. Tutaj przed nami kolejne wejście po schodach. Mijamy kobiety chcące sprzedać kwiaty, mężczyzn wciskających nam liczne pamiątki oraz małpy wylegujące się na kamieniach. W końcu ukazują nam się strażnicy, którzy sprawdzają bilety oraz Złota Świątynia. Chodzimy, zwiedzamy, jednak nie robi to na nas wielkiego wrażenia. Czujemy, że znów to samo – figurki buddy. Dla nas wszystkie takie same, choć podobno są różne.
Dambula, to miasto pomiędzy Habarana a Kandy. Poza wspomnianą świątynią nie ma niczego do zaoferowania, więc łapiemy kolejny autobus i jedziemy do Kandy.

Informacje praktyczne:
– autobus z Habarana do Dambuli to koszt 45 Rs/os.;
– tuk-tuk z przystanku w Dambuli do świątyni – 200 Rs;
– bilet do świątyni – ok. 2000 Rs/os., ale tutaj mogę się mylić!
– do świątyni trzeba mieć zakryte kolana i bose stopy;
– opłata za przechowywanie bagażu 100 Rs (plecaki zostawiliśmy w muzeum);
– tuk- tuk ze świątyni na przystanek – 150 Rs;
– autobus z Dambuli do Kandy 190 Rs (klimatyzowany mały busik; policzyli nam 3 bilety, bo stwierdzili, że nasze plecaki są za duże).

20130614-212549.jpg

20130614-212616.jpg

20130614-212700.jpg

20130614-212640.jpg

20130614-212833.jpg

20130614-212849.jpg

20130614-212906.jpg

PO ÓSME – Trójkąt kulturalny cz. I

Trójkąt kulturalny to obszar Sri Lanki, na którym znajduje się najwięcej zabytków tego kraju wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Trzy główne miejsca, które połączone dają trójkąt, to Anuradhapura, Polonnaruwa oraz Kandy. Pomiędzy nimi są jeszcze Sigirija, a także Dambula. Dziś będzie o Polonnaruwa.
Z Trincomalee dostaliśmy się do tego miejsca lokalnymi środkami transportu. Mnóstwo jest tu naganiaczy autobusowych, więc znalezienie odpowiedniego autobusu nie było problemem. Wystarczy powiedzieć gdzie się chce jechać (oczywiście mówiąc kilku osobom, bo każdy mówi czasami coś innego), a wskazany zostanie właściwy autobus. Praktycznie nie ma tu czegoś takiego jak rozkład jazdy, bowiem autobusy odjeżdżają co kilka lub kilkanaście minut.
Polonnaruwa to miasto, w którym zobaczyć można ruiny pałacu królewskiego, baseny królewskie, spisane w kamieniu osiągnięcia jednego z władców oraz świątynie z posągami buddy sprzed dwóch ostatnich stuleci. To miasto dla miłośników historii, aczkolwiek nas zachwycił kunszt rzeźbiarzy w kamieniu.

Informacje praktyczne:
– z Trincomalee wsiedliśmy do autobusu jadącego do Colombo. Wysiedliśmy w Habarana i następnie wybraliśmy autobus do Polonnaruwa (kierunek Batticaola). Do Habarana autobus jechał 2h (koszt 160Rs), następnie do Polonnaruwa 1h (koszt 128Rs);
– spaliśmy w Manel Guest House – przyjemny za 2000 Rs, ale bez AC i ciepłej wody, za to z internetem w pokoju i mnóstwem komarów 🙂 Są dostępne jeszcze inne pokoje z AC i ciepłą wodą, ale wzięliśmy najtańszą opcję. Duży plus za bliskość centrum, dobrą restaurację i dowiezienie na przystanek w ramach „hotel service”;
– bilet wstępu do Muzeum Archeologicznego i pozostałych zabytków to koszt 25$ od osoby. Z racji, że zabytki są dość daleko od siebie trzeba wynająć tuk-tuka. W guest hous’ie trafiliśmy na Pana, który za 5500 Rs obwiózł nas po wszystkich zabytkach. Minus taki, że zrobił to bez biletów, więc nie byliśmy w muzeum, ale z drugiej strony to prawie 50$, czyli tyle, ile zapłacilibyśmy za same bilety, a musielibyśmy jeszcze wynająć jeszcze tuk-tuka. Czas zwiedzania – ok. 3h;
– można wziąć ze sobą skarpetki, bo zabytki trzeba zwiedzać na boso;
– uwaga na małpy! Jest ich tam mnóstwo, a podobno zabierają rzeczy, które trzyma się w dłoniach.

20130609-220857.jpg

20130609-220943.jpg

20130609-220923.jpg

20130609-221006.jpg

20130609-220913.jpg

20130609-221044.jpg

20130609-221124.jpg

20130609-221143.jpg

20130609-221243.jpg

20130609-221316.jpg

20130609-221346.jpg

20130609-221403.jpg