PO PIĘTNASTE – czym po Sri Lance?

Wyjeżdżając w podróż zastanawiamy się czym się poruszać i jaki środek lokomocji wybrać. Wszystko zależy od tego, ile właściwie mamy czasu na zwiedzenie danego kraju, czy też miejsca, jak bardzo jesteśmy wygodni i co chcemy od podróży. Zdjęcie przy każdym zabytku opisanym w przewodniku? A może jednak ważna jest atmosfera danego miejsca i ludzie? My zdecydowanie podpisujemy się pod tym drugim!! Jednakże na Sri Lance dostępne są różne formy i możliwości:

– SAMOLOT – najszybszy środek transportu. Przy tak małych odległościach jak na Cejlonie w kilkadziesiąt minut dostaniemy się z jednego do drugiego miasta na wyspie. Co prawda międzynarodowe lotnisko na Sri Lance jest jedno, tuż przy stolicy, ale przy większych miastach funkcjonują mniejsze. Najłatwiej się tam dostać taksówkami, a bilety zamawiać na stronach internetowych. W większych miastach widzieliśmy biura podróży, więc pewnie i tam można kupić bilety.

– SAMOCHÓD – najlepsza opcja dla tych „wygodnickich” i dla tych, którzy mają mało czasu. Opcje są dwie: wypożyczasz samochód lub rezerwujesz przewodnika z samochodem, który zawiezie Cię wszędzie tam, gdzie będziesz chciał. Na forach aż roi się od namiarów na przewodników, z których turyści są zadowoleni. Z reguły oni sami układają plany podróży dla swoich turystów – są lepiej zorientowani w topografii terenu i potrafią lepiej ocenić czas, który należy poświęcić na dany zabytek. Warto jednak wcześniej przejrzeć jakieś fora, skontaktować się z kilkoma osobami i wybrać najkorzystniejszą ofertę. Jeśli chodzi o wypożyczalnie samochodów, to na pewno jest w Colombo – stolicy kraju. Niestety nie wiem na jakich warunkach można wypożyczyć cztery koła..

– TUK-TUK – zdecydowanie najpopularniejszy pojazd na wyspie i swoista taksówka w jednym! Świetnie sprawdza się w poruszaniu się po mieście, a także pomiędzy miastami leżącymi niedaleko siebie. Maksymalna prędkość, to 60 km/h. Tuk-tukiem dostaniemy się w każde miejsce i w każdym miejscu go znajdziemy. Najważniejsza zasada? Targować się, targować i jeszcze raz targować!! Ceny są zróżnicowane, ale jeśli słyszymy 500 Rs, my mówimy 200 Rs. W 99% zostajemy przy naszej ofercie 🙂 „Tuk-tukowcy” są też doskonałym źródłem informacji nt. noclegów, cen i atrakcji – warto więc się pytać.

20130721-211425.jpg

20130721-211447.jpg

20130721-211454.jpg

20130721-211501.jpg

20130721-211526.jpg

<

– SKUTER – nie jest tak popularny, jak w innych azjatyckich krajach, ale nadal wszędzie go widać. Z wypożyczeniem skuterów spotkaliśmy się w Arugam Bay i Unawatunie, ale w innych miejscach specjalnie nie szukalismy.. Cena za 1 dzień to 1000 Rs w Arugam i 800-1000Rs w Unawatunie.

– ROWER – wśród turystów jest bardzo popularny w Anuradhapura, czy też Polonnaruwa. Zabytki tych antycznych miast rozlokowane są na dużym areale, więc jeśli ma się kilka godzin spokojnie można pozwiedzać na rowerze.

– AUTOBUSY – o kierowcach autobusów można pisać wiersze! O jeździe lokalnymi autobusami książki! Myślę, że sama jazda lokalnymi środkami transportu przyprawia o zawrót głowy i jest jedną z głównych atrakcji Sri Lanki 🙂 Można tu spotkać naprawdę różnych ludzi. Jedni się nieśmiało uśmiechają, inni próbują nawiązać rozmowę. Każdy jest chętny, aby pomóc we wskazaniu dalszej drogi. Na wielu przystankach wchodzą też sprzedawcy oferujący jedzenie, napoje, zabawki, ale dużo chodzi też żebraków proszących o pieniądze.
Z zatrzymaniem autobusu nie ma problemu – wystarczy machać i pytać, czy jedzie do miejsca, w które zamierzamy się udać. Nam turystom zatrzyma się w każdym miejscu – lokalni mają wyznaczone przystanki. Trzeba tylko mocno się skupić, bo czasami kierowcy nie zatrzymują swego pojazdu tylko zwalniają, więc albo wsiadamy albo wysiadamy, gdy autobus się „turla”. Podczas jazdy można spać, bo i tak obudzą i powiedzą, że tu jest nasz cel. Jednak z tym spaniem bywa różnie, bo jak na azjatyckich kierowców przystało i Lankijczycy są jednym słowem wariatami 🙂 Trzeba się naprawdę dobrze zapierać, żeby nie wypaść ze swojego miejsca, tym bardziej, że drzwi są zawsze otwarte 🙂 Ceny przejazdów autobusami są naprawdę bardzo tanie (np. za 50 km płacimy 40 Rs, a za 200 km 150 Rs). Na dworcach nie szukajcie kas biletowych, tylko wsiadajcie do autobusów, bowiem z obsługi jest zawsze kierowca i Pan biletowy, który na pewno o Was nie zapomni i do Was podejdzie. Pamiętajcie tylko, że małe klimatyzowane busiki są droższe niż te „normalne”. W busach liczą też sobie jeden dodatkowy bilet za plecaki. W zwykłych autobusach wchodząc przednim wejściem kładźcie od razu plecaki na silnik tuż przy kierowcy – nie będą wtedy blokowały miejsca, o które czasami tak trudno. Uwierzcie, ale naprawdę może być tłoczno do tego stopnia, że nie można ręką ruszyć 🙂

20130721-211615.jpg

20130721-211628.jpg

20130721-211635.jpg

20130721-211647.jpg

20130721-211659.jpg

20130721-211718.jpg

20130721-211708.jpg

– POCIĄGI – zazwyczaj są trzy klasy: 1, 2 i 3. Ceny tej ostatniej są najtańsze, ale na obleganych trasach często trzeba stać. Na trasie Colombo – Tricomalle spotkaliśmy się z podziałem 2 klasy na rezerwację miejsc i brak rezerwacji, ale o tym pisałam już przy okazji wpisu o zachodnim wybrzeżu.
Podróżując pociągiem głodni też nie będziemy, bowiem na każdej stacji wchodzi nowy sklepikarz oferujący lokalny placek rotti, owoce, herbatę, kawę, zdrapki, a nawet złoto (!) 🙂 Bilety kupujemy w kasach. Podczas jazdy są sprawdzane przez konduktorów, a przy wyjściu ze stacji trzeba je zwrócić.

20130721-211745.jpg

20130721-211753.jpg

20130721-211804.jpg

20130721-211820.jpg

20130721-211827.jpg

20130721-211833.jpg

20130721-211853.jpg

Reklamy

PO PIĄTE – jesteśmy na wschodzie!

Jesteśmy na wschodzie! Po dziewięciogodzinnej podróży jesteśmy w Trincomalee. A właściwie Uppuveli – pobliskiej plaży przypominającej reklamę „Bounty”. Jest gorąco, słonecznie, uroczo i przepięknie – prawie jak w raju, ale zanim o tym raju najpierw kilka słów o Trincomalee…
Samo miasto, to niedoszła stolica państwa Ilam, o którego utworzenie walczyły Tamilskie Tygrysy -organizacja utworzona w 1976 roku, żądająca utworzenia niepodległego państwa tamilskiego na północy Sri Lanki. Dopiero w maju 2009 roku Tamilskie Tygrysy, zdziesiątkowane przez rządową armię, ogłosiły koniec wojny. Ślady po wojnie można zauważyć po opuszczonych budynkach, po ruinach hoteli przy wybrzeżu i po ogromnych dziurach w drodze. Trincomalee i okolice dopiero się odbudowują – widać wzrastające budynki, które niedługo zamienią się w luksusowe hotele. Mieszkańcy, głównie kierowcy tuk-tuków, z którymi mamy najwięcej do czynienia również opowiadają historie z czasów wojny. Większość z nich chcąc przeżyć, szukała schronienia w innych miastach, u rodzin, a od 2-3 lat wracają i zaczynają od nowa.
To, co można spotkać w Trinco (to często używany skrót przez mieszkańców), to sarny, jelenie, zaprzyjaźnionego wiewiórki i oczywiście krowy wałęsające się po ulicach.
Masowo odwiedzających to miejsce, po zakończeniu wojny, lankijskich turystów można spotkać przy Fort Frederick Road. Wybudowany w 1623 roku, początkowo jako własność Portugalczyków, następnie Holendrów i Brytyjczyków, obecnie jest siedzibą lankijskich służb wojskowych, którzy nie utrudniają zwiedzania, ale z zaciekawieniem przyglądają się turystom o jasnym kolorze skóry. Jest to też miejsce spacerów przy lazurowym kolorze zatoki, z którego można się dostać do kolorowej hinduistycznej świątyni Koneswaram, usytuowanej na skałach. Po obu stronach drogi usytuowane są dziesiątki straganów, w których można kupić słodycze, sztuczne kwiaty, świeże soki, właściwie wszystko, czyli to samo co u nas na odpuście. Do samej świątyni należy mieć ubranie zasłaniające ramiona i nogi do kolan. Z racji, że miałam krótsze spodenki, starszy Pan pilnujący świątyni wręczył mi kawałek materiału, którym miałam się przykryć. Z samej świątyni rozpościera się wspaniały widok z jednej strony na ocean, z drugiej na zatokę. Jest tam też drzewo, do którego młode kobiety przyczepiają skrzyneczki z kwiatami (podobno są to kołyski), które mają ułatwić zajście w ciążę. Ponadto, Trincomalee oferuje jedynie kilka innych świątyń hinduistycznych, gdzie można podpatrzeć zachowania wyznawców innej religii.

20130605-161543.jpg
Wagon w pociągu Colombo – Trincomalee
20130605-161614.jpg
Stacja Colombo Fort

Informacje praktyczne:
– tuk-tuk z dworca kolejowego do centrum miasta to koszt 200 Rs,
– tuk-tuk z centrum Trincomalee do Uppuveli pojedzie za 250 Rs, czasami nawet za 200 Rs (nie dajcie się oszukać, bo pierwszego dnia jechaliśmy nawet za 500 Rs,
– wejście do świątyni Koneswaram jest darmowe, jednak trzeba zapłacić strażnikowi 20 Rs za pozostawienie obuwia,
– za kawałek chusty, którą starszy Pan mi użyczył mieliśmy zapłacić 20 Rs, skończyło się na 10 Rs, ale słyszeliśmy, że czasami można spotkać się z bardziej otwartymi staruszkami, którzy w zamian za materiał zażyczą sobie buziaka:),
– przejazd tuk-tukiem z Fort Frederick Road do świątyni Koneswaram i z powrotem do Uppuveli to koszt 400 Rs – tu znowu trzeba się targować, bo Pan, który nas wiózł, stwierdził, że za długo musiał czekać i stracił czas, więc chciał 600Rs. Skończyło się na 520 Rs, ale takie sytuacje tylko nas uczą, żeby jednak pozostawać przy pierwszej cenie.

20130605-162753.jpg

20130605-163007.jpg

20130605-163212.jpg

20130605-163318.jpg<
Fort Frederick
20130605-163257.jpg
Stragany w drodze do świątyni
20130605-163401.jpg
Świątynia Koneswaram
20130605-165501.jpg

20130605-165816.jpg

20130605-165730.jpg

20130605-165709.jpg

20130605-165415.jpg

20130605-165446.jpg

ZACHODNIE WYBRZEŻE

Negombo, to miasto położone 10 km od międzynarodowego portu lotniczego Bandaranaike, stąd też odwiedzane jest licznie przez turystów. Także i my, po licznych pochlebnych postach na forach, zdecydowaliśmy się na pierwszą noc w tym mieście.
Zachodnie wybrzeże przywitalo nas nieustającym deszczem, więc chyba też dlatego jak najszybciej chcieliśmy stąd wyjechać. Poza tym ciągłe zaczepki kierowców tuk-tuków, ich wygórowane ceny tylko nas zniechęciły. To, co można zobaczyć w tym mieście to Negombo Fish Market. Ciekawa propozycja, aby z bliska móc zobaczyć najróżniejsze gatunki ryb, krewetek i ośmiornic.
Ponadto, rejon ten jest bardzo katolicki, więc jest wiele kościołów. Co ciekawe, podczas Mszy, ludzie piknikują na zewnątrz, siedząc wygodnie na trawie. Taka oto mała różnica. Można spotkać tu też kilka hinduistycznych świątyń, gdzie wyznawcy hinduizmu nie wiadomo dlaczego opalają i rozbijają kokosy. Poza tym nie znaleźliśmy żadnej restauracji, żadnego sensownego lokalu, byśmy mogli zjeść, więc na drugi dzień pojechaliśmy do Colombo.
Samo Colombo też nie jest rewelacyjne. Poza główną ulicą (Galle Road) biegnącą tuż przy Pałacu Prezydenckim, Banku Narodowym i wieżach Word Trade Center ( tak, to ta sama nazwa) właściwie nic nie ma. Z plecakami na plecach, tuż przy oceanie, spędziliśmy cały dzień, a o 21 ruszyliśmy na wschodnie wybrzeże, do Trincomalee, w poszukiwaniu słońca…

Informacje praktyczne:
– taxi z lotniska do Negombo 1100 rupii (1000 rupii = 26 zł)
– warto zorientować się w kilku miejscach, zanim zdecydujecie się na nocleg. W Negombo ceny są bardzo wysokie, jak na oferowane warunki (za hotel na plaży, bez klimatyzacji, z ciepłą wodą płaciliśmy 2000 rupii),
– pociąg z Negombo do Colombo Fort (dworzec kolejowy) to koszt 40 rupii od osoby; w pociągu jest jedna klasa, pociągi jeżdżą co dwie godziny, ale lubią się spóźniać,
– tuk-tuk z Galle Road do Colombo Fort – 300 rupii,
– pociąg z zachodu na wschód (Colombo Fort – Trincomalle) – 370 rupii od osoby ( pociąg odjeżdża z peronu 3 o godz. 21. Na miejscu jest ok. godz. 6 następnego dnia. Dostępne są wagony 1, 2 i 3 klasy w cenach odpowiednio 680, 370 i 205 rupii. Bardzo istotne jest, że druga klasa podzielona jest jeszcze na dwie kolejne. Nie znaleźliśmy nigdzie takiej informacji, a i na dworcu też nikt o tym nie mówił. Jest to klasa „normal” i „sleepers”. Różnica pewnie w cenie (choć nie znamy) i w wygodzie. W „sleepersach” są miejsca na pół leżące, a w wagonach „normal” proste i twarde. Same wagony można rozpoznać po tym, że normal oznaczone są samą „2”, a te drugie „2 sleepers”.

20130603-214736.jpg

20130603-214754.jpg

20130603-214814.jpg

20130603-214837.jpg

20130603-214901.jpg

20130603-214922.jpg

<a