PO TRZYDZIESTE PIERWSZE – Koh Chang

Jak urlop, to relaks i lenistwo. Jak lenistwo, to plaża i woda. Jak woda, to słońce. No właśnie, słońce. Planując urlop zimą, to albo słońce, góry, śnieg i narty, albo ciepłe kraje. Tym razem znów padło na ciepłe kraje, właściwie jeden ciepły kraj – Tajlandię! Wykorzystując już w styczniu kilka dni zaległego urlopu i jeszcze więcej z bieżącego decyzja zapadła – jedziemy na 4 tygodnie. Tak, żebyśmy zdążyli się zmęczyć zwiedzaniem i zdążyli odpocząć pod palmami. Tak więc po kilku dniach  w Bangkoku jedziemy na Koh Chang! Wyspę oddaloną o ok. 350 km. od stolicy.

W centralnej części wyspa jest górzysta, pokryta lasami deszczowymi, z licznymi wodospadami. Na efektownych plażach usytuowane są głównie hotele i resorty, obsługiwane przez biura podróży i organizowane w szczególności dla Rosjan, ale znaleźć też można bungalowy dla mniej wymagających turystów ceniących raczej bliskość natury, niż basen przy plaży. Mimo to każdy może leniwie spędzić tu czas, korzystając z masaży na plaży lub z organizowanych wycieczek na pobliskie wyspy.

imageŹródło: http://www.volandovoyviajes.es

Plaże zachodniego wybrzeża wyspy usilnie konkurują między sobą o każdego przyjeżdżającego turystę. Nurkowanie, kajaki, rejsy statkiem, przejażdżki na słoniach, krokodyle, wędkowanie. My wybraliśmy Klong Prao Beach. Woda czysta, turkusowa,  z łagodnym wejściem. A przy tym rewelacyjne lokalne restauracje. Godne polecenia są również White Sand Beach (trochę wyższe ceny, głównie hotele) i Lonely Beach.

image

image

image

image Masaż na plaży

image

Na Sri Lance tak bardzo podobało nam się nurkowanie z fajką, że w Tajlandii był to obowiązkowy punkt programu. Na Koh Chang jest mnóstwo biur podróży ulokowanych przy głównej drodze oferujących podobne rozrywki. Wybraliśmy ofertę 1 dzień, 5 wysp. Za tę cenę warto zapełnić sobie cały dzień, ale uczestników może być nawet kilkadziesiąt osób.

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image Najlepsi kucharze w naszej ulubionej knajpce na Koh Chang

Informacje praktyczne:
– na trasę Bangkok – Koh Chang wynajęliśmy prywatnego busa – 5000 bath; podróż trwa 7 h;
– snorkelling na 5 okolicznych wysp to koszt 600 bath/os. ( w cenie napoje, owoce, lunch, maska, rurka; płetwy dodatkowo 100 bath) – warto, choć rafa koralowa na Koh Chang nie jest oszałamiająca);
– na pierwszy nocleg zatrzymaliśmy się w V.J. Residence – 1300 bath za pokój dwuosobowy;
– kolejne noclegi to bungalowy na plaży – K.P. Huts – miejsce warte polecenia. Domek w pierwszym rzędzie na plaży 1000 bath z łazienką i ciepłą wodą. Kolejne rzędy: domek z łazienką 700 bath, bez łazienki (są wspólne podobnie jak na kempingach) 400 bath;

– wypożyczenie skutera – 250 bath/doba (oficjalnie trzeba posiadać międzynarodowe prawo jazdy, w rzeczywistości nie trzeba mieć nic);
– tajski masaż na plaży 250 bath/h;
– godzinna jazda na słoniu 500 bath/os., dodatkowo owoce dla słonia 50 bath.

image

image

Wakacje w styczniu? Jesteśmy zdecydowanie na tak!
Reklamy

PO TRZYNASTE – O słynnej cejlońskiej herbacie i Horton Plains

Z czego najbardziej słynie Sri Lanka? Oczywiście z herbaty! Tak więc być na wyspie i nie zobaczyć plantacji herbaty? To nie wchodziło w grę. Aby zobaczyć słynną Ceylon Tea, jako bazę wypadową wybraliśmy miasto i region Nuwara Elija, czyli górski teren pokryty plantacjami herbaty oraz tarasowymi polami uprawnymi, na których uprawia się warzywa. Dotarliśmy tu pociągiem, gdyż czytaliśmy wcześniej o wspaniałych widokach. I rzeczywiście – ponad czterogodzinna podróż się opłaciła. Mimo deszczu, widoki rewelacyjne! Góry, zbocza – wszystko porośnięte krzewami herbaty.
Ale region ten nie tylko słynie z samej herbaty. To także parki narodowe i liczne wodospady. Na pogodę nie mogliśmy liczyć, bo o tej porze roku są tam najniższe temperatury (15stopni) i co ciekawe – mieszkańcy chodzą ubrani w czapki, zimowe kurtki i oczywiście japonki. Zatem i my, ubrani od stóp do głów, ruszyliśmy najpierw do Parku Narodowego Horton Plains, a następnie na plantacje herbaty i wodospady.
Wyjazd – godzina 5.00. Jedziemy wraz z poznanym dzień wcześniej kierowcą, wśród poprzewracanych po huraganie drzew. Deszcz pada coraz mocniej, więc jestem coraz bardziej przerażona. Szymek jest spokojny, choć przed nami 9 km wędrówki. Po godzinie docieramy na miejsce. Kupujemy bilety i ruszamy. Decydujemy się zdobyć World’s End. Dwa końce świata z widokami, które podobno zapierają dech w piersiach. Chcemy się o tym sami przekonać, więc idziemy.. Na początek kierujemy się do małego końca świata. Idziemy przez równiny co jakiś czas wkraczając do lasów deszczowych z wyboistymi drogami. W końcu jesteśmy. Ukazuje się nam ogromna przestrzeń, widok spowity lekką mgłą. Idziemy dalej. Po ok. 3 km. docieramy do właściwego końca świata. I tu znów kolejne wspaniałe widoki. U podnóża gór zauważamy maleńką wioskę, a tuż za nią rzekę, a może jezioro.. Zbocza porośnięte drzewami, stłumione odgłosy zwierząt. Spotykamy tu naszych Rodaków i po krótkiej pogawędce ruszamy dalej. Przed nami 5 km wędrówki, ale zbaczamy z trasy i idziemy ku wodospadom Bakera. Opisywane jako jedne z najbardziej zachwycajcych na nas nie robią wielkiego wrażenia. W Wietnamie byliśmy przy bardziej okazałym wodospadzie, ale o tym później 🙂 Pakujemy aparat i znów w drogę. Wracamy na parking, gdzie czeka na nas kierowca i ruszamy na plantacje!
20130701-225847.jpg

20130701-230035.jpg

20130701-230103.jpg

20130701-230305.jpg

20130701-230332.jpg

20130701-230414.jpg

20130701-230450.jpg

20130701-230517.jpg

Jedziemy krętymi drogami podziwiając krajobrazy. Po lewej herbata, po prawej herbata, gdzieniegdzie wodospady – małe, większe, coraz większe. Nie wyjmujemy aparatu, nie robimy zdjęć. Wolimy zatrzymać widoki dla siebie. Szkoda nam czasu na zdjęcia, mimo że jedziemy ok. 2 godzin. Dojeżdżamy do fabryki herbaty. Wychodzi naprzeciw nam lankijska dziewczyna pyta się skąd jesteśmy, po czym po polsku wymienia nam rodzaje herbat. Czarna, biała, czerwona, zielona. Po kolei opowiada nam proces produkcyjny, pokazuje maszyny, piec. Dla mnie fabryka jak fabryka, piec jak piec. Szymek kręci głową i jest w coraz większym szoku, że w takich warunkach można coś produkować. U nas się mówi, że „cudze chwalicie, swego nie znacie”. Tutaj obowiązuje raczej zasada, że ” swoje chwalcie, bo cudzego nie znacie”. To chyba jest najwłaściwsze określenie dla kondycji fabryki. Po szybkim przejściu przez fabrykę kierujemy się w stronę sklepu, w którym oczywiście kupujemy herbatę. Ceny duże, więc lepiej kupić jedną na pamiątkę wizyty w fabryce, a w resztę na bazarze. Zmęczeni wracamy do miasta. Dajemy jeszcze jedną szansę Nuwara Elija – spędzamy tam wieczór włócząc się po ulicach, a następnego dnia jedziemy dalej..

Informacje praktyczne:

– z Kandy jedziemy pociągiem do stacji Nanu Oya (11 km od Nuwara Elija). Na stacji mnóstwo tuk-tuków, więc bez problemu można dostać się do miasta. My wybieramy tańszą opcję, więc idziemy do głównej drogi w poszukiwaniu autobusu. Zatrzymuje się przy nas kilka samochodów oferując „local price”, ale w rezultacie jedziemy z dwoma panami, którzy zawożą nas za darmo (cena biletu na pociąg to 180 Rs od osoby);
– wynajęcie kierowcy, który zawiezie nas do Horton Plains i obwiezie po wodospadach i plantacjach herbaty to koszt 3500Rs za park i 4000 Rs za fabrykę i wodospady (ok.9 godzin);
– wstęp do parku 5740 Rs za dwie osoby;
– warto wziąć ze sobą do parku coś ciepłego i płaszcz przeciwdeszczowy, bo mogą nas zaskoczyć różne warunki pogodowe;
– nocleg: Glenfall Resort, 3500 Rs za pokój (w cenie wi-fi i ciepła woda) + liczą sobie 10% za obsługę.

20130701-230610.jpg

20130701-230634.jpg

20130701-230657.jpg

20130701-230711.jpg

20130701-230736.jpg

20130701-230720.jpg

PO DWUNASTE – Wolność w niewoli

Zafascynowani widokiem kilku słoni, zdecydowaliśmy, że zobaczymy Pinnawala, a właściwie Elephant Orphanage. To sierociniec dla słoni, utworzony w 1975 roku, w którym przebywa najliczniejsze na świecie stado trzymane w niewoli. Pierwotnie miało być to schronienie dla sierot oraz słoni, które ucierpiały np. przez kłusownikôów. Obecnie miejsce to zamieszkuje ponad 80 słoni. Mają stworzone warunki tak, by jak najbardziej przypominały naturalne środowisko, jednak w Pinnawala słonie poddawane są pewnemu rygorowi, bowiem mają tzw. plan dnia:

  • 8.30 – otwarcie sierocińca
  • 8.30-9.15 – śniadanie ( słonie dostają głównie liście palmowe i liście bananowca)
  • 9.15 – karmienie małych słoniątek (za dodatkową opłatą można potrzymać butelkę)
  • 10.00 – przejście słoni nad pobliską rzekę
  • 12.00 – powrót z rzeki do zagrody
  • 12.00-13.15 – lunch
  • 13.15 – karmienie słoniątek
  • 14.00 – ponowne przejście nad rzekę
  • 16.00 – powrót do sierocińca
  • 17.00 – karmienie słoniątek
  • 18.00 – zamknięcie sierocińca

Wypad słoni nad rzekę jest ciekawym widowiskiem. Te potężne ssaki przechodzą pomiędzy wąskimi uliczkami, przy których usytuowani są sklepikarze z pamiątkami dla turystów. Podczas, gdy słonie pluskają się w rzece, na turystów czekają restauracje umiejscowione przy niej, aby był jak najlepszy widok.
Po powrocie słoni do sierocińca można sobie robić z nimi zdjęcia, gdy te wypoczywają na polanie. Uwaga na panów z obsługi, bowiem odganiają słonie od ludzi, tylko po to, aby sami mogli zrobić nam zdjęcia i oczywiście wziąć za tę przysługę pieniądze.
Na uwagę zasługuje też fabryka papieru z odchodów słoni znajdująca się zaraz na początku uliczki prowadzącej nad rzekę. Co prawda oprowadzenie po niej trwa max.5 minut, ale osoba po niej oprowadzająca tłumaczy bardzo ciekawie.
Wejście jest bezpłatne, ale na koniec wchodzi się do sklepu, gdzie właściciele liczą na to, że zrobi się jakiś zakup.
20130622-174222.jpg
Wrażenia? Widok tylu słoni widzianych w stadzie wywołał uśmiech na naszych twarzach, jednak łańcuchy, panowie z oszczepami, ustalone dokładne godziny co robi słoń i o której godzinie..to chyba nie było przyjemne. Mieliśmy wrażenie, że słonie patrzą na nas swoimi smutnymi oczami…
Pewnie idea powstania sierocińca miała jak najbardziej słuszny charakter, ale obecnie, ponad połowa z tych zwiedząt urodziła się już w niewoli. Co to oznacza? Że sierociniec zatracił swój charakter, że coraz mniej tu sierot zwożonych z całej wyspy, a coraz więcej słoni nie znających wolności. Trochę to przykre, ale poprzez odwiedzenie tego miejsca i zakup biletów, także i my dołączyliśmy do tej rzeszy turystów, którzy tak naprawdę napędzają ten interes…

Informacje praktyczne:
– jadąc do Pinnawala pojechaliśmy autobusem do Mawanella ( koszt ok. 40 Rs za osobę), a następnie tuk-tuka za 500 Rs;
– bilet wstępu do sierocińca 2250 Rs;
– karmienie słoniątek dodatkowo 250 Rs.

20130622-172558.jpg

20130622-172623.jpg

20130622-172640.jpg

20130622-172650.jpg

20130622-172713.jpg

20130622-172721.jpg

20130622-172911.jpg

20130622-173036.jpg

20130622-173147.jpg

20130622-173205.jpg

<a

PO DZIESIĄTE – Trójkąt kulturalny cz. III

Dambula – kolejne miejsce na mapie naszej podróży. To zespół buddyjskich świątyń z wieloma wizerunkami i posągami buddy oraz licznymi malowidłami ściennymi. Wybudowana została w I w. p.n.e. i przez kolejnych władców była wciąż rozbudowywana. Obecnie, wpisana na listę UNESCO Rangiri, czyli tzw. Złota Świątynia, składa się z 5 części (jaskiń), w których jest w sumie ponad 150 statuetek buddy. Na kompleks składa się jeszcze Muzeum Buddyjske (mało ciekawe z kolejnymi figurami buddy) wraz z ogromną statuą buddy (tak dla odmiany;)
Udając się do świątyni po prawej stronie czekają na nas budki z biletami. Przed nami ukazują się też ogromne schody prowadzące do muzeum, po prawej stronie figurki mnichów podążających do buddy, a po lewej znajduje się właściwe wejście do świątyni. Tutaj przed nami kolejne wejście po schodach. Mijamy kobiety chcące sprzedać kwiaty, mężczyzn wciskających nam liczne pamiątki oraz małpy wylegujące się na kamieniach. W końcu ukazują nam się strażnicy, którzy sprawdzają bilety oraz Złota Świątynia. Chodzimy, zwiedzamy, jednak nie robi to na nas wielkiego wrażenia. Czujemy, że znów to samo – figurki buddy. Dla nas wszystkie takie same, choć podobno są różne.
Dambula, to miasto pomiędzy Habarana a Kandy. Poza wspomnianą świątynią nie ma niczego do zaoferowania, więc łapiemy kolejny autobus i jedziemy do Kandy.

Informacje praktyczne:
– autobus z Habarana do Dambuli to koszt 45 Rs/os.;
– tuk-tuk z przystanku w Dambuli do świątyni – 200 Rs;
– bilet do świątyni – ok. 2000 Rs/os., ale tutaj mogę się mylić!
– do świątyni trzeba mieć zakryte kolana i bose stopy;
– opłata za przechowywanie bagażu 100 Rs (plecaki zostawiliśmy w muzeum);
– tuk- tuk ze świątyni na przystanek – 150 Rs;
– autobus z Dambuli do Kandy 190 Rs (klimatyzowany mały busik; policzyli nam 3 bilety, bo stwierdzili, że nasze plecaki są za duże).

20130614-212549.jpg

20130614-212616.jpg

20130614-212700.jpg

20130614-212640.jpg

20130614-212833.jpg

20130614-212849.jpg

20130614-212906.jpg

PO DZIEWIĄTE – Trójkąt kulturalny cz. II

Z Polonnaruwa udaliśmy się w dalszą podróż, aby zwiedzić najciekawsze zakątki Cejlonu. Tym razem za cel obraliśmy Sigarije, którą mijaliśmy po drodze i która ułatwiła nam przemieszczenie się na południe Sri Lanki. Z racji, że Pan z tuk-tuka, którego zatrzymaliśmy okazał się przewodnikiem, spędził z nami praktycznie cały dzień.
Na początek Muzeum Sigarija, które mieści się naprzeciw skały. Tam też przed wejściem znajduje się budka z biletami. Oddane do użytku w 2009 roku muzeum nie jest zachwycające. Widać różnicę, która cześć jest zrobiona przez Lankijczyków, a która ufundowana przez Japończyków. Właśnie w tej „japońskiej” części znajduje się makieta skały i okolic, która była najciekawsza z tego wszystkiego.. Z racji, ze wszyscy Lankijczycy chodzą wyłącznie w japonkach, ciekawostką były ponadto historyczne japonki.
Po muzeum przyszedł w końcu czas na zdobycie skały. The Sigarija Rock, to nic innego jak wymysł króla Kassjapy. Taki sobie oto Pan, wymyślił, że chce mieć swoje pałace, baseny, w których kąpią się najpiękniejsze kobiety przywożone z całego świata oraz trony na szczycie skały… Czego się nie robi dla króla, prawda?
Aby dostać się na szczyt, zdobywanie skały rozpoczyna się od fosy, przy której stoją obecnie budki strażników sprawdzających bilety (ta po lewej stronie jest dla zagranicznych turystów). Następnie wchodzimy na teren dawnych ogrodów łazienkowych i basenowych, gdzie były kiedyś przebieralnie dla kobiet króla, salony piękności oraz baseny. Po obejrzeniu dawnego SPA, zaczyna się najtrudniejszy etap -ogrody kaskadowe, czyli schody pomiędzy skałami. Następnie czeka na nas kolejny kontroler biletów, za którym można wejść krętymi schodami do jaskini, w której znajdują się zachowane do dnia dzisiejszego malowidła przedstawiające kobiety króla. Z tego miejsca wchodzimy dalej po schodach aż do platformy lwa. To tutaj znajdowało się główne wejście do prywatnych kwater króla, oznaczone gigantycznymi łapami lwa. To ostatni etap, aby dostać się na górę. Po przejściu metalowymi schodami czekają już na nas tylko ruiny pałacu królewskiego i basenów oraz wspaniałe widoki na okolicę.

20130612-192036.jpg

20130612-192105.jpg

A co było po tym? Spice Garden, czyli ajuwerdyjski ogród przypraw oraz „safari”, a następnie kolacja w domu naszego przewodnika. Miało być prawdziwe safari, a okazało się, że jeździliśmy tuk-tukiem po normalnych drogach, przy których co jakiś czas było widać dzikie słonie. Dlatego jeśli ktoś będzie oferował Wam safari w okolicach Habarany, lepiej weźcie opcję z samochodem, bo okazuje się, że tuk-tukiem nie można wjeżdżać w boczne drogi.
Ciekawa jednak była kolacja z przewodnikiem i jego żoną. Zobaczyliśmy prawdziwe życie mieszkańców Cejlonu, wnętrze ich domu. Dostaliśmy owoce, mięso z bawoła, smażone rybki i oczywiście tradycyjne i wszechobecne „rice and curry.” Nuwan (takie było jego imienia) namawiał nas, byśmy polecali go w wszystkim z naszego kraju, ale obawiam się, ze to nie jest dobry pomysł, bo jeżdżąc z nami był nieźle pijany po wypiciu dwóch piw (8,8% każde). Teraz nam do śmiechu, ale jadąc z nim, momentami nie było już tak śmiesznie..

Informacje praktyczne:
– aby dotrzeć do Sigarija zatrzymaliśmy się w Habarana. Spaliśmy w Derana Guest House (ostatni budynek po lewej stronie jadąc w stronę Kandy). Cena wyjściowa za pokój z AC i ciepłą wodą, to 3500 Rs. Obniżyliśmy cenę do 3000 Rs, a na drugi dzień do 2500 Rs, z racji, że miał być internet, a go nie było. Wielkie było nasze zdziwienie, że po zjedzonym u nich śniadaniu, właściciel nie miał pieniędzy na wydanie, więc posiłek dostaliśmy gratis:) Warto zaznaczyć, ze wokół mnóstwo jest najróżniejszych handlarzy i raczej mieliby gdzie rozmienić pieniądze, ale to już nie nasz problem..
– bilet do Sigarija, to koszt 3750 Rs od osoby (muzeum i skała). Zaopatrzcie się przed wejściem w butelkę wody, bo po drodze nie ma gdzie kupić;
– za dojazd do Sigarija z Habarany (ok. 20 km w dwie strony) zapłaciliśmy 800Rs;
– za „safari” tuk-tukiem w okolicach Habarany (ok. 1h) oraz lankijską kolację w domu przewodnika płaciliśmy 2000 Rs (+1000 Rs daliśmy napiwku dla jego żony, która przygotowywała potrawy);
– wejście do Spice Garden bezpłatne. Właściciel opowiada o każdej z przypraw (np. curry, kolendra, ananasy, wanilia, aloes), przy czym liczy, że w jego sklepie zakupi się jakiś produkt. Kupiliśmy czarny pieprz za 250 Rs.

20130612-192617.jpg

20130612-192639.jpg

20130612-192711.jpg

20130612-192656.jpg

20130612-194347.jpg

20130612-194421.jpg

20130612-192735.jpg

20130612-194954.jpg

20130612-195120.jpg

20130612-195018.jpg

20130612-195006.jpg

20130612-203154.jpg

20130612-203441.jpg

PO SIÓDME – ryby, ryby albo nic..

Dziś za wiele nie będziemy pisać. Pooglądajcie lepiej zdjęcia:) Z racji, że jest Sri Lanka i jest woda, to jaki jest tu częsty widok? Zdecydowanie rybacy! Rybołóstwem zajmuje się chyba każdy kto mieszka przy wybrzeżu. Przede wszystkim mężczyźni. Kobiety natomiast sortują ryby i wyrzucają glony. Co ciekawe, do wyciągnięcia jednej sieci rybackiej, potrzebnych jest ok. 30 mężczyzn. Cały proceder wyciągnięcia sieci trwa 1,5 h. Czasami połów się udaje, a czasami… Zobaczcie poniżej..

20130607-194954.jpg

20130607-195039.jpg

20130607-195055.jpg

20130607-195109.jpg

20130607-195119.jpg

20130607-195207.jpg

20130607-195127.jpg

20130607-195134.jpg

20130607-195214.jpg

20130607-195222.jpg

PO DRUGIE

Po drugie, czyli przygotowania. Pewnie każdy z Was pakując się przeżywa męczarnie. Co wziąć? Co zostawić? Nam pakowanie się poszło nawet sprawnie. Przyjęliśmy, że każdy z plecaków nie może przekraczać 8 kg, ale niestety troszkę nam przybyło bagażu.. Co w takim razie zabrać w azjatycką podróż? Przede wszystkim dobry humor 🙂

Nie można także zapomnieć o:

  • szorty
  • t-schirty
  • bluza
  • długie spodnie
  • kąpielówki
  • kapelusze
  • okulary przeciwsłoneczne
  • kurtka przeciwdeszczowa
  • bielizna
  • buty pełne, sandały, japonki
  • paszporty
  • wizy
  • karty do bankomatów
  • trochę gotówki
  • niezbędne lekarstwa
  • linka do prania
  • scyzoryk
  • taśma
  • książka
  • kosmetyki
  • mapy
  • przewodniki
  • suszarka
  • latarka
  • laptop/notebook/tablet

Oczywiście każdy z Was zabierze to, co uważa za stosowne. Pamiętajcie, że wszystko co spakujecie, będziecie nosić ze sobą. My tymczasem spakowani, czekamy na Colombo!

20130530-234843.jpg

PO PIERWSZE

Po pierwsze, bo to pierwszy wpis. Miało być tak łatwo, a tu proszę – chyba najtrudniej coś stworzyć, co ma pozostać tym pierwszym na zawsze. Zastanawiam się co napisać.. Historię pod tytułem „jak to się wszystko zaczęło”? Albo coś w stylu „i co będzie dalej”?
Może po prostu- zaczynamy pisać o podróżach. Kilka za nami, ale myślę, że jeszcze więcej przed nami. Podobno marzenia się spełniają, więc i my trzymamy się tej zasady, a przynajmniej głęboko w to wierzymy!! Zatem dlaczego blog? Dlaczego piszemy?

Bloga piszemy dla siebie, żebyśmy nie zapomnieli gdzie byliśmy, co widzieliśmy, co robiliśmy, co jedliśmy i jaką przemierzyliśmy drogę. Dla Rodziny- bo niesamowicie się martwią i tęsknią. Dla Przyjaciół – aby pakowali się i na następne urlopy jechali z nami. I dla Czytelników – o ile tacy się znajdą, aby skorzystali z naszych rad i wskazówek, gdy będą zmierzali w tym samym kierunku co my.

Oczywiście uprzedzam- nie jesteśmy pisarzami, modelami, fotografami, więc nie łudźcie się, że kiedykolwiek nimi zostaniemy:-) Spróbujemy pisać to, o czym sami chcielibyśmy czytać. Fotografować to, co chcielibyśmy widzieć i pozować – hmmm.. jedynie do własnych zdjęć:-)

Dopiero zaczynamy, a już niedługo, bo za kilka dni jedziemy w prawie miesięczną podróż na Sri Lankę. Z pozostałymi i zaległymi wpisami na temat zwiedzonych już krajów chciałam zdążyć przed wyprawą, ale to już mi się chyba nie uda..  Będzie więc na odwrót! Od końca. Najpierw Cejlon, czyli herbaciana wyspa, a później powrót do przeszłości. Niemcy, czyli jak to się zaczęło. Austria – nauka sportów zimowych. Wietnam, czyli ponad 2000 km na skuterach. Francja, a raczej jej stolica. Chorwacja, czyli szybka podróż poślubna i.. Zobaczymy co przyniesie nowy rok. Nasze głowy są już pełne pomysłów, ale skupmy się na tym co wkrótce przed nami…