PO CZTERDZIESTE PIERWSZE – okolice Hoi An

Do Hoi An dotarliśmy zatrzymując się po drodze w Da Nang. Z Hoi An wyjeżdżaliśmy mijając i zwiedzając My Son.

Największą atrakcją Da Nang są Góry Marmurowe i China Beach – urokliwa plaża z kompleksem resortów, jakich w Polsce jeszcze długo mieć nie będziemy. Niedaleko tej plaży zobaczyć można pięć wyrastających gór. Wg legendy są to jaja jakiegoś ogromnego smoka. Weszliśmy na jedną z nich, przechodząc przez groty, jaskinie i wybudowane świątynie, z wierzchołka której roztacza się widok na morze, okolicę i pozostałe „smocze jaja”.

DSC01072

DSC01074

China Beach

DSC01144Uliczne pracownie ulokowane tuż przy Górach Marmurowych

Możliwy wjazd windą

DSC01133Punkt widokowy

Z kolei My Son, wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO, to właściwie ruiny dawnych świątyń państwa Czamów. Ten dawny ośrodek religijny funkcjonujący między IV a XIII wiekiem, jest obecnie zniszczonym i zrujnowanym obszarem pełnym ceglanych murów, płaskorzeźb oraz min z czasów wojny. Ważne jest więc, by się nie oddalać od wytyczonych tras.

 

PO CZTERDZIESTE – magiczne Hoi An

Hoi An, to miasteczko w centralnym Wietnamie słynące z krawców i szewców, gdzie rano zdejmują miarę, a wieczorem ubierasz swoje nowe wdzianka 🙂  Jeśli zakupy, to tylko w Hoi An! To miejsce swym urokiem przypominające jakieś małe włoskie miasteczko. Magiczne, niepowtarzalne, trochę jakby śródziemnomorskie, ale z azjatyckim akcentem. Spędziliśmy tu kilka dni, bo nie potrafiliśmy opuścić tego miejsca. Mimo że jest tak licznie oblegane przez turystów, że na każdym kroku są sklepy z pamiątkami, rękodziełem, ubraniami, butami, wszystkim, czego tylko sobie zapragniemy, to jest tu też część z bazarami, lokalnymi targowiskami i po zmroku opustoszałymi uliczkami w głębi miasta. Nie przeszkadzało nam, że co krok widzimy białe twarze, a przecież jesteśmy w gościnie u Azjatów. Zakochaliśmy się w tym mieście od pierwszego wejrzenia! W małych restauracyjkach, życzliwych ludziach, w leniwych i przemiłych wieczorach, w kolorowych drinkach, w wietnamskim winie.. Trochę czujemy się jak na Ha Long i myślimy sobie „chwilo trwaj”..

DSC01154

Z Hoi An wyjeżdżamy szczęśliwi, pełni romantyzmu, z plecakami wypchanymi uszytymi płaszczami, marynarkami, pamiątkami i pięknym pierścionkiem na palcu! Tak, tak.. to tu się zaczęła podróż Nitek w drodze 🙂

DSC01153

DSC01360 Kokony jedwabnika wykorzystywane do produkcji jedwabiu

DSC01357

DSC01422 Japoński most z XV w. dzielący dzielnice japońskie i chińskie

DSC01420

DSC01391

DSC01376

DSC01214

Poza naszymi zdjęciami, w poście umieszczono zdjęcia naszych współtowarzyszy podróży – Marty i Pawła.

PO TRZYDZIESTE DZIEWIĄTE – tak bardzo rajsko!

W zeszłym roku myślałam, że na Sri Lance znalazłam raj na ziemi. Ale to tu, w Tajlandii, znaleźliśmy jeszcze lepsze miejsce. Kurcze, świat jest naprawdę piękny!! A my tak mało go znamy, tak mało jeszcze zobaczyliśmy.. Ale chwila, gdzie ten raj?

DSC08299

DSC08225

Ta mała wysepka o nazwie Koh Kradan znajduje się na południowym zachodzie Tajlandii, godzinę jazdy samochodem z Krabi do Trang i kolejną godzinę płynięcia statkiem. Spoglądając na mapę, szukajcie większej wyspy Koh Mook – w pobliżu będzie właśnie Koh Kradan, choć ostrzegam, bo na każdej mapie jej nie znajdziecie. My też mieliśmy problem, żeby się tu dostać, bo nie wszyscy chcieli nas tu zawieźć i nie wszyscy wiedzieli, gdzie właściwie ona jest. A przecież David, u którego byliśmy w Chiang Mai tak bardzo nam ją polecał. I miał rację, tu jest przepięknie!! Ten raj ma ok. 2,5 km długości i jakieś 300, może 400 metrów szerokości. Odpływy są tu dwa razy na dobę, więc ciekawie jest iść w głąb morza ok. 500 metrów, uważając i przechodząc np. obok ukrytych jeży morskich.

DCIM100GOPRO

DSC08239

A czy można się tu nudzić? Trochę tak, ale zależy co kto woli. Jeśli lubisz gwar, tłok, imprezy – nie jest to miejsce dla Ciebie. Wybierz bardziej turystyczną wyspę. My z kolei spędziliśmy tu nasze ostatnie 4 dni pobytu w Tajlandii. Odpoczęliśmy, zrelaksowaliśmy się, nabraliśmy sił na powrót do codzienności. Niewielu turystów, mało atrakcji – idealne miejsce na wyłączenie się.. tak po prostu.

DSC08258

Informacje praktyczne:
– bilet lotniczy Air Asia: Chiang Mai- Krabi ok. 5000 bath/os. (zamawiany dopiero w Tajlandii);
– dojazd z lotniska do centrum Krabi: 800 bath/bus;
– transport na wyspę: Krabi – Trang (3000 bath/bus), Trang – Koh Kradan (2300 bath/łódka);
– nocleg Kradan Island Resort – dwa domki 200o bath/doba i 1800 bath/doba – znaleźliśmy dwa ostatnie; inna opcja 15000 bath/doba – tak, nie pomyliłam się z zerami (!!);
– smaczne, obfite („szwedzki stół”) i niedrogie śniadania – Kradan Beach Resort – 200 bath/os.;
– najtańsze obiady – Paradise Lost (ścieżką w głąb wyspy).

DSC08279

DSC08285

DSC08291

DSC08447

DSC08571

DSC08590

DSC08222

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

PO TRZYDZIESTE ÓSME – plemiona górskie

Wg Wikipedii, około 2 % tajskiej ludności stanowią plemiona górskie podzielone na różne grupy etniczne. Zachowują swoje stroje, zwyczaje, język, wierzenia. Wielu turystów przyjeżdża w północny region Tajlandii, aby spotkać właśnie  niektóre z tych plemion. To, że i my chcieliśmy zobaczyć, spotkać ludność kultywującą  swoją tradycję i pochodzenie, chyba nikogo z Was nie dziwi. Tak naprawdę i my, Europejczycy, na co dzień mało odróżniający się od społeczeństwa  sąsiadujących krajów, byliśmy, jesteśmy i będziemy ciekawi wyglądu, zachowania, odmienności tych grup oraz ich pierwotnego życia.

Będąc w Tajlandii trafiliśmy do wioski Baan Tong Luang, właściwie do kilku wiosek, bo każda z nich zamieszkiwana jest przez inne plemię. Mogliśmy podejrzeć ich życie „od kuchni” – troszkę przygotowane pod turystów. Jedni powiedzą, że są to skanseny albo zoo z ludźmi. Coś w tym jest, nie zaprzeczę. Ale z drugiej strony Ci ludzie muszą z czegoś żyć, utrzymać rodzinę i nakarmić dzieci. Jeśli więc tylko i aż swoim życiem mogą zarobić, pokazując je innym, to dlaczego mieliby z tego nie skorzystać? Wpływ turystów i zostawianych pieniędzy widać „od podwórka”. Bambusowe chaty z klepiskiem, a w tyle skuter. Przecież każdy z nas chce uprościć sobie życie. Każdy do czegoś dąży, odkłada, oszczędza. Także i oni. Czy nie o to też chodzi?

DSC07240

Najważniejsze z plemion zamieszkujących Tajlandię to:

    • KAREN – najliczniejsze z plemion górskich, pochodzące z Tybetu, następnie przemieszczone do Birmy i stąd napływające. Karenowie noszą głównie ręcznie robione naszyjniki z naturalnych materiałów oraz białe chusty

DSC05144

      • KAJAN – podgrupa Karenów, budząca największy podziw i ciekawość turystów. Słynie z metalowych obręczy noszonych przez kobiety na szyi

DSC07217

DSC07211

DSC07233

DSC07213

DSC07232

DSC07219

DSC07203

    • LAHU – grupa etniczna pochodząca z chińskiej prowincji Yunnan, z charakterystycznymi  metalowymi kolczykami u kobiet

DSC05140

      • HMONG – pochodzące plemię z Mongolii migrujące głównie do Chin, Wietnamu, Laosu i Tajlandii

DSC07192

image

DSC05161

      • PALONG – bardzo rzadko spotykana  i niewielka grupa etniczna , migrująca z Birmy dopiero w latach 80′ XX wieku

DSC05168

    • AKHA – pochodzące z Birmy bardzo strojne plemię z fantazyjnymi nakryciami głowy przyozdobionymi monetami, frędzlami i licznymi haftami

DSC07283

DSC06989

    • MIEN (YAO) – grupa migrująca z Chin z dużymi czarnymi turbanami i długimi tunikami

DSC07311

DSC07304

Informacje praktyczne:

– jeśli chcecie się udać do opisanej wioski plemion górskich kierujcie się z Chiang Mai na Fang Road, po kilku kilometrach skręcamy w lewo na Mearim – Samuang Road. Dalej powinny być drogowskazy;

– bilet wstępu do Baan Tong Luang – 500 bath/os.

PO TRZYDZIESTE SIÓDME – przytulić tygrysa – bezcenne!

O okolicach Chiang Mai jeszcze nie skończyłam pisać. Zresztą moje słowa to tylko cząstka opisująca północny region Tajlandii. Tu naprawdę można spędzać intensywnie czas, mieć zapełniony każdy dzień.

Generalnie za zwierzakami nie przepadam. Psów się boję, niektórych dziwnie wyglądających kotów też. Mimo to, podpisaliśmy deklarację wejścia na własną odpowiedzialność do Tiger Kingdom, przeczytaliśmy kilka tablic informacyjnych co wolno, a czego nie i weszliśmy. Weszliśmy do czterech leniwych, ospałych i pewnie nafaszerowanych prochami tygrysów.

Istnieją zwolennicy i przeciwnicy podobnych ośrodków dla zwierząt, ale ten wydał nam się jednym z lepszych. Po pierwsze ludzie, którzy tam pracują – widać, że żyją ze zwierzętami, że są z nimi w pewien sposób związani. Po drugie, te zwierzaki były naprawdę czyste i co ważne miały spory wybieg, nie były pozamykane  w klatkach.

Czy się baliśmy? Trochę tak. Czy było warto? Zdecydowanie tak! W końcu przytulić tygrysa.. bezcenne!

DSC07508

DSC07645

DSC07604

DSC07583

DSC07559

DSC07577

DSC07563

DSC07537

DSC07581

DSC07611

DSC07579

DSC07580

DSC07542

DSC07618

Informacje praktyczne:

-bilety do Tiger Kingdom:

  • duże tygrysy – 420 bath/os.
  • średnie tygrysy – 420 bath/os.
  • małe tygrysy – 520 bath/os.
  • najmniejsze tygrysy – 620 bath/os.

– opcje łączone:

  • duże lub średnie + małe – 840 bath/os.
  • duże + średnie + małe + najmniejsze – 1480 bath/os.
  • duże + średnie + małe 1 + małe 2 + najmniejsze – 1900 bath/os.

-każda zatrzymana taksówka w Chiang Mai zawiezie Was do ośrodka tygrysów; ceny nie znam, ale dla porównania płaciliśmy 900 bath/dzień + benzyna za wypożyczenie Toyoty Hilux

PO TRZYDZIESTE SZÓSTE – Thai boxing!

Oglądacie czasami sporty walki? Nam się zdarza. Jak jest weekend, gala KSW i jesteśmy w rodzinnych stronach mojego męża, obowiązkowo spotykamy się ze znajomymi i trzymamy kciuki za naszych faworytów.

O tajskim boksie czytaliśmy, oglądaliśmy zdjęcia i filmy. Może nie było to coś obowiązkowego, co koniecznie chcieliśmy zobaczyć i w czym uczestniczyć, ale w Chiang Mai daliśmy się skusić. Udaliśmy się w stronę nocnego bazaru i voila!

Informacje praktyczne:
– bilety wstępu na Thai Boxing – 400 bath (trybuny), 600 bath (krzesełka pod ringiem).

DSC07133

DSC07082

DSC07165

DSC07164

DSC07138

DSC07141

DSC07099

DSC07116

DSC07124

DSC07125

DSC07126

DSC07127

PO TRZYDZIESTE PIĄTE – północne Chiang Mai

Po 27-godzinnej podróży różnymi środkami transportu, w tym 16-godzinnej podróży pociągiem, wysiadamy w końcu na północy. CHIANG MAI! Jesteśmy!

Już po kilku minutach na dworcu, później w drodze do centrum, oboje czujemy, że to jest to. To jest to miasto, które najlepiej będzie kojarzyć nam się z Tajlandią. Właśnie to miasto, które będzie nam przypominać zapach i kolor Azji.  Mijane uliczne sklepiki, małe restauracyjki, handlarki sprzedające ręcznie plecione bransoletki, uśmiechnięci ludzie.. to wszystko sprawiło, że Chiang Mai stało się dla nas drugim wietnamskim Hoi Ann, w którym się zakochaliśmy od pierwszego wejrzenia!

image

DSC06672

DSC06728

Ci, którzy odwiedzają to miasto, często zostają tu dłużej niż planowali. I wcale im się nie dziwię. My spędziliśmy tu tydzień, a spędzlibyśmy tu jeszcze kolejny. W przewodniku wyczytałam, że tak, jak w Polsce trwa rywalizacja między Warszawą i Krakowem, tak w Tajlandii jest podobnie z Bangkokiem i Chiang Mai. Chyba coś w tym jest, choć dla mnie to dwa zupełnie odmienne miasta. Chiang Mai to przede wszystkim spokój i nastrojowość. Pisząc z perspektywy czasu, chyba coraz trudniej znaleźć mi odpowiednie słowa charakteryzujące to miejsce, ze względu na „to coś”. Turystów przyciąga tu Stare Miasto otoczone fosą i starożytne mury, teraz raczej ruiny, z odrestaurowanymi bramami. To właśnie tuż za murami, w każdą niedzielę, rozkłada się targ uliczny wzdłuż ulicy Ratchadamnoen, począwszy od głównej bramy Tha Phae. Między godziną 18, a 24 możemy zrobić największe i najtańsze zakupy w Tajlandii. To tu możemy zjeść najdziwniejsze i najlepsze dania tego azjatyckiego kraju z ulicznych garkuchni. Poza niedzielą, w każdy inny dzień możemy udać się na nocny bazar. Wystarczy zapytać, a każdy wskaże drogę.

Chiang Mai to miasto, gdzie znajdziemy ok. 300 świątyń buddyjskich. Idąc ulicą, kierując się na prawo, na lewo, wychodząc zza rogu, wchodząc w zaułek.. wszędzie natkniemy się na bogato zdobione świątynie. Chcąc, czy też nie, do kilku lub kilkunastu z nich na pewno wejdziecie. Ta północna perełka to nie tylko miasto samo w sobie. To piękne, górzyste okolice, ale też baza wypadowa dla wybierających się do Birmy lub udających się w jeszcze dalszą północ.

image

image

image

image

DSC06757 DSC06749

Jaka jest więc północ? Na pewno przyjazna! To tu poznaliśmy niesamowitych ludzi, pewne tajsko – francuskie małżeństwo, którzy pokazali nam Tajlandię z tej mniej turystycznej strony i u których czuliśmy się po raz pierwszy nie jak klienci, a goście.. Chcecie ich poznać? Jedźcie do nich!

image

Informacje praktyczne:

– pociąg relacji Bangkok – Chiang Mai (express, 2 klasa) bilet 581 bath – dolne łóżko, 531 bath – górne łóżko (dziecko bez płatnego biletu);

– hotele, guesthouse’y zlokalizowane są głównie poza murami Starego Miasta lub w okolicy 1 kilometra. Warto chodzić, pytać, bo ceny są różne (od 200 bath za dwuosobowy pokój i więcej);

– z braku miejsc zatrzymaliśmy się w dwóch innych guesthousach, ale szczególnie polecamy Baan Rao Chez Nous. Przesympatyczni właściciele 🙂 (znajdziecie ich na facebook i tripadvisor);

– jeśli planujecie zakupy, kupno pamiątek – zróbcie to w Chiang Mai. Ceny są niższe niż te w Bangkoku.

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

DSC06759

DSC06760

DSC04959

PO TRZYDZIESTE CZWARTE – aktywnie po wyspie

Jadąc na Koh Chang myśleliśmy, że jedyne co nas czeka to lenistwo na plaży. Generalnie wolimy bardziej aktywny wypoczynek, ale wizja leniuchowania po mega intensywnej pracy  przed ulopem była w tym momencie jedyną rzeczą o jakiej marzyliśmy. Tydzień spędzony na wyspie okazał się na szczęście nie tylko plażą i wodą. Ta trzydziestokilometrowa wyspa miała więcej do zaoferowania niż niejednokrotnie znany i reklamowany region. Kolejny dzień to kolejne odkrycie. Tym razem to wodospad Khlong Phlu. Łatwo dostępny z zachodniego wybrzeża, tego bardziej „turystycznego” był więc też bardziej oblegany. Gdzie dokładnie jest możecie podejrzeć na mapce klikając tutaj.

Od głównej drogi idziemy spacerkiem 2 km. Po lewej stronie słonie. Po prawej farma węży i krokodyli, do której Tajowie zachęcają nas krzycząc coś po rosyjsku (chyba mówiłam Wam, że 95 % tutejszych turystów, to właśnie Rosjanie?). Show z udziałem tych zwierzaków odbywa sie tu dwa razy dziennie. My ograniczamy się jedynie do oglądania ich zza siatki i idziemy dalej. Dochodzimy do głównej bramy, kupujemy bilety i idziemy jeszcze 500 m do wodospadu.

image

Co prawda o tej porze roku, w porze suchej Khlong Phlu może nie jest tak okazały jak pewnie podczas monsunu, ale i tak, taki widok to jest właśnie to, na co czekamy i czego oczekujemy od naszych podróży..

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

PO TRZYDZIESTE TRZECIE – skuterem po wyspie!

Wstajemy rano, wypożyczamy skuter i w drogę! Koh Chang ma ok. 30 km. długości i ok. 18 km. szerokości, więc na objechanie wyspy poświęcamy jeden dzień.

image

image

Na południu, we wiosce rybackiej Bang Bao już byliśmy, zatem z Klong Prao, gdzie jesteśmy zakwaterowani, jedziemy na północ. Pierwszy przystanek to słynna White Sand Beach. Dlaczego słynna? Bo jest opisana chyba we wszystkich przewodnikach, rozbudowana turystycznie jest najbardziej, ale i chyba jest najdroższa. Mimo to słynie z piaszczystej pięknej plaży. I rzeczywiście tak jest. Zostajemy tu więc dłuższą chwilę.

image

image

Jedziemy dalej ulicznymi serpentynami. Raz podjazd na wzgórze, później zjazd w dolinę. Na północnym zachodzie wyspy, niedaleko miejsca skąd odpływają promy, zauważamy chińską świątynię. Nasz kolejny przystanek.

image

image

image

image

Jedąc dalej na wschodnią, zdecydowanie mniej rozbudowaną część wyspy, mijamy drogowskaz na Klong Nonsi waterfall. Zawracamy i maszerujemy 20 minut. Sam wodospad nas nie urzeka, natomiast dojście do niego bardzo!

image

image

image

Następnym naszym celem na wschodzie jest kolejny wodospad. Tym razem Than Mayom, pod którym woda wyżłobiła w skale naturalny basen do kąpieli.

image

image

image

Takie dni lubimy. Nic nie musimy i robimy co nam się podoba. Jadąc na południe skręcamy w boczne drogi, by zobaczyć tę prawdziwą, nieturystyczną Tajlandię.
Właściwie  nie zostało nam za wiele miejsc do oglądania na wyspie. Jedziemy przed siebie, ale ciii… Zatrzymujemy się jeszcze przy kolejnej kolorowej świątyni Wat Salakhpet.

image

image

image

image

image

Przemieszczamy się o kilka kilometrów niżej i koniec. Koniec drogi!! Dzieli nas jakieś 3-5 kilometrów od Bang Bao, ale nie – musimy zawrócić. Nie ma przejazdu, więc wracamy. Jeszcze tylko pad thai na kolację i dzień dobiega końca…
Informacje praktyczne:
– wypożyczenie skuteru na dobę-250 bath;
– wejście na Klong Nonsi waterfall bezpłatny; parking za skuter 20 bathów;
– bilet do Morskiego Parku Narodowego Mu Ko Chang, w którym mieści się wodospad Than Mayom to koszt 200 bath/os.;
– na objechanie całej wyspy warto poświęcić jeden dzień. Na drogę powrotną, podczas której będziemy jedynie jechać, nie zatrzymując się nigdzie, trzeba liczyć 2h.

image

image

PO TRZYDZIESTE DRUGIE – Bang Bao

Na południu wyspy Koh Chang ulokowana jest mała wioska rybacka Bang Bao. Domy na palach, połączone siecią pomostów są obecnie niezłym centrum turystycznym. Stały się one rzędem kolorowych straganów, ale skręcając w którąś z bocznych „uliczek” możemy odnaleźć prawdziwe domy rybaków. Jest nawet możliwość znalezienia noclegu w jednym z takich domów. Działają tu także liczne restauracje i małe lokalne restauracyjki, gdzie Pad Thai’a (znakomite tajlandzkie noodle) kupimy nawet za 30 bath.

To właśnie z przystani w Bang Bao wypływają statki z turystami, którzy wykupili w lokalnych biurach podróży nurkowanie, snorkelling, czy też inną wycieczkę opływającą okoliczne wyspy.

image

Informacje praktyczne:
– do Bang Bao co chwilę kursują taksówki, tzw. songthaewy. Cena za przejazd z Klong Prao Beach to 150 bath/os. Można się targować, ale jest ciężko;
– jadąc z Klong Prao do Bang Bao po prawej stronie można zatrzymać się w punkcie widokowym.

image

image

image

image