PO SIEDEMNASTE – smaki Cejlonu

Czy przed  pierwszą podróżą zastanawialiście się co będziecie jeść? Czy to przed dalszym, czy też bliższym wyjazdem? U mnie takie myśli pojawiły się już w podstawówce przed wyjazdem na pierwsze kolonie 🙂 Zasada jest taka, że wszędzie smakuje lepiej niż u siebie, zatem myśli pod tytułem „nie będziemy mieli co jeść” szybko poszły w niepamięć 🙂

Co więc jemy? Wszystko, czego u nas zjeść nie możemy! Tego się trzymamy i jak widać głodni nie chodzimy 🙂 Staramy się jeść dużo owoców i przede wszystkim miejscowych przysmaków.

Gdzie jemy? Zazwyczaj tam, gdzie jest najwięcej lokalsów lub tam, gdzie jest internet, którego czasami i my potrzebujemy.

DSC01432

DSC01446

DSC02070

DSC02465

Wracając do Sri Lanki – niestety, ale jedzeniem nas nie urzekła.. Czekaliśmy ponad rok, by wrócić do azjatyckich smaków, a okazało się, że w pierwszym tygodniu wylądowaliśmy w KFC ! Wstyd się przyznać, ale tak było.. 😦 Jedzenie niedoprawione, a przy tym ostre do tego stopnia, że butelka wody to mało.  Dopiero z każdym dniem przekonywaliśmy się do lankijskich smaków – do typowego i wszechobecnego  rice and curry (ryż z curry), kottu (pocięte placki pszenne z warzywami lub mięsem), egg hoppers (placki z jajkiem przygotowywane na parze), short eats, czyli fish bun, vegetable bun lub chicken bun ( przekąski – bułeczki rybne, warzywne lub z kurczakiem), by na koniec zakochać się w plackach roti.  Co zamawialiśmy? Makarony, ryż smażony (który wcale nie był smażony), ryby, półmiski owoców i wspomniane roti – placek naleśnikowy z sosem chilli (wersja uliczna) lub z kurczakiem i warzywami (wersja dostępna w knajpach w Arugam Bay).

DSC01000

DSC01429
Typowe curry podawane razem z ryżem

DSC01475

DSC02457
Najlepsze roti jakie jedliśmy

I tak, jak z każdej podróży przywozimy najróżniejsze przyprawy, tak ze Sri Lanki przywieźliśmy jedynie herbatę. Curry, które wcześniej bardzo lubiliśmy, przywieźliśmy w prezencie naszej Koleżance, która wyczarowała z tego przepis na kurczaka w curry.  My natomiast szybko się na to nie skusimy. Pozostaje więc nam ugotowanie naszej ulubionej wietnamskiej zupki pho, o której na blogu już wkrótce..

DSC02619

DSC02062

DSC01457

DSC02723

Reklamy

PO SZESNASTE – Tym razem południe

Tym razem przemieszczamy się na południe wyspy. Z Arugam Bay jedziemy ponad 7 godzin w ogromnym ścisku, z kilkoma przesiadkami po drodze, w autobusach co jakiś czas zatrzymujących się z nieznanych nam przyczyn. Na koniec zostawiamy podróż pociągiem. Z racji, iż na zachodzie i południu o tej porze roku jest monsun, na zwiedzanie tych miejsc zostawiliśmy nasze ostatnie 2 dni na cejlońskiej ziemi.

Jako przystanek wybieramy Unawatune – blisko do Galle i wciąż przy wybrzeżu. Jeśli mamy być obiektywni Unawatuna jest zdecydowanie przereklamowana! Droga jak na podróż niskobudżetową, a przy tym zapewniajaca brak intymności turystom. Hotel przy hotelu, restauracja przy restauracji, wszędobylscy handlarze masek, lampek, świeczek, itp. Plaża w Unawatunie wąska, a plażowe restauracje to jedynie te, które oferują drogie (mimo że to nie był sezon!) i nie zawsze lokalne jedzenie.

Z Unawatuny do Galle dzielą nas zaledwie 2-3 km. Wystarczy wyjść do głównej drogi, złapać jakikolwiek autobus, wysiąść na dworcu głównym i już znajdujemy się tuż przy holenderskim forcie z XVII wieku, także wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Wchodząc na teren fortu naprawdę można poczuć się, jakbyśmy byli w jednym z zachodnioeuropejskich miasteczek. Cicho, schudnie.. zupełnie inaczej niż w pozostałej części miasta. Mijamy kościoły, meczet, szkołę muzułmańską, wokół której biegają ubrane na biało dzieci, latarnię morską, a w końcu maleńkie domki przyozdobione kwiatami. Chodzimy wąskimi uliczkami zaglądając Lankijczykom do ich domostw. Spotykamy warany – egzotyczne jaszczurki, o których przeczytać można w każdym przewodniku i dzieci grające w krykieta – sport narodowy Sri Lanki. Kilka godzin włóczymy się po mieście zaglądając w uliczne zakamarki, robiąc ostatnie zakupy przed powrotem i zajadając się uwielbianymi przez nas ananasami i arbuzami.

DSC02655Szukając odpowiedniego pociągu..

Informacje praktyczne:

– jadąc do Unawatuny złapaliśmy w Arugam Bay tuk-tuka do Pottuvil (150 Rs/os.), następnie autobus do Matary (308 Rs/os.) i pociąg do Unawatuny (kierunek Galle; 35Rs/os.), czyli koszt ok. 25 zł za dwie osoby;

– zatrzymując się w Unawatunie zaopatrzcie się w buty podobne do tych, które kupujecie wyjeżdżając do Chorwacji – rafa koralowa jest strasznie zniszczona, wypłukana i tylko przeszkadza w przyjemności zaczerpnięcia kąpieli w oceanie,

– nocleg: skorzystaliśmy z pokoju zaoferowanego przez złapanego przy dworcu kolejowym pana z tuk-tuka, a jak się później okazało syna właścicieli – Breeze Rest świetne miejsce i warunki. Jeśli planujecie dłuższy pobyt w tym miejscu warto skorzystać, bo była dostępna nawet pralka 🙂 Dojazd tuk-tukiem z dworca kolejowego do hotelu – 150 Rs.

– przejazd z Unawatuny do Galle – tuk tuk 250 Rs, autobus złapany na głównej drodze – 15 Rs/os.

DSC02580Świątynia buddyjska w Matarze

20130808-221651.jpgFort w Galle

20130808-221658.jpg

20130808-221705.jpg

20130808-221711.jpg

20130808-221718.jpg

DSC02660

Targ w Galle

PO CZTERNASTE – Arugam Bay

Przyzwyczajeni do lankijskich ponad 30-stu stopni, chcieliśmy jak najszybciej uciec z 15-sto stopniowego regionu Nuwara Elija. Nie to, że nie podobały nam się krajobrazy, że nie byliśmy zachwyceni otoczeniem herbat. Po prostu przez spędzone w tym miejscu zaledwie dwa dni, cierpieliśmy na brak słońca 😉 Ruszyliśmy znów na wschód.
Po kilkugodzinnej podróży z kilkoma przesiadkami dostaliśmy się wprost do krainy surferów. To miejsce wręcz stworzone dla nich. Ogromne, załamujące się fale, mnóstwo sklepów i wypożyczalni desek. Kilka szkółek surfingu i wiele knajp. Hotel przy hotelu, tuk-tuk przy tuk-tuku. Arugam Bay to chyba najbardziej turystyczne miejsce, do którego dotarliśmy do tej pory na Sri Lance. Mimo to, miało w sobie jakiś klimat, przez który i dzięki któremu zostaliśmy w tym miejscu trochę dłużej niż planowaliśmy..

Informacje praktyczne:

– z Nuwara Elija dostaliśmy się autobusem do Badulla (112 Rs od osoby), następnie z Badulla do Monaragala (105 Rs od osoby), z Monaragala do Pottuvil (150Rs od osoby) i z Pottuvil do Arugam (2,5 km) tuk-tukiem za 150 Rs;

– nocleg: zatrzymaliśmy się w Hotel Beach Coral – dla nas jedno z najlepszych i najtańszych miejsc na wyspie. Za pokój z wiatrakiem, standardowo z łazienką, werandą i wi-fi płaciliśmy 1000 Rs (!);

– nie warto szukać na siłę pokoju z ciepłą wodą. Praktycznie wszędzie oferują zimną, która i tak okazuje się ciepła. Poza tym, przy takich upałach marzyliśmy tylko o zimnej;

– przy głównej ulicy jest mnóstwo restauracyjek oferujących lokalne i nie tylko jedzonko – ceny raczej wszędzie podobne, a taniej niż w hotelowej restauracji (bardzo dobre zupki w knajpce „Why not?”)

– warto się przejść wzdłuż plaży – można znaleźć naprawdę dziewicze, bezludne miejsca!

– do Pottuvil można pojechać po zakupy – jest market i targ, gdzie można kupić tańsze produkty niż w Arugam;

– Arugam Bay jest odpowiednie dla tych, którzy chcą „powalczyć” z falami. Pływać się tu normalnie raczej nie da, ale Szymek miał dobrą zabawę stawiając czoła ogromnym falom 🙂

20130711-220349.jpg

20130711-220402.jpg

20130711-220415.jpg

20130711-221352.jpg

20130711-221359.jpg
20130711-220434.jpg

20130711-220441.jpg

20130711-220502.jpg

20130711-220508.jpg

20130711-220518.jpg

20130711-220525.jpg

20130711-220539.jpg

20130711-220545.jpg

20130711-220555.jpg

20130711-220614.jpg

20130711-220622.jpg

<a