PO CZTERDZIESTE SIÓDME – czyli o tym, jak podróżować z dzieckiem. Rozmowa z pewną podróżującą Mamą..

Czy tak jak my, jesteście już po urlopach? A może planujecie? Pewnie większość z Was zaplanowane dni wolne ma dopiero przed sobą.. Jedziecie sami, z przyjaciółmi, z rodziną, z dziećmi? No właśnie.. z dziećmi. Często słyszę, że kiedy pojawia się na świecie takie małe Cudo, to wszystko się zmienia. Przychodzą obowiązki, nowe role i strach. Strach przed podróżą poza polskie morze i wakacjami u jednych albo u drugich dziadków. Ale chwila.. czy tak musi być?? Nie wiem, jak bardzo się zmienię, jak bardzo mój światopogląd się zmieni, ale kiedyś, gdy już będę matką, gdy zostaniemy rodzicami, to chcemy tak, jak Oni – Marta i Paweł, nasi przyjaciele.

Poznajcie więc Martę, żeńską część naszego wyjazdowego składu i przede wszystkim mamę Leona. Najpierw była zszokowana Indiami, rok później, gdy była w piątym miesiącu ciąży, przejechała z nami na motorze cały Wietnam. Z półrocznym Leonem zwiedzała uroki północnej Chorwacji, a teraz, z niespełna dwulatkiem spędziła miesiąc w Tajlandii.

DSC05723

Jeśli się więc zastanawiacie, czy jechać z dzieckiem/ dziećmi w podróż do innego kraju, na inny kontynent, zapraszam. Materiał idealny dla Was! 🙂

Nitki w drodze: Byłaś w piątym miesiącu ciąży, gdy wybraliście się w miesięczną podróż do Wietnamu i to jeszcze motorem. W tym roku była Tajlandia, już z dzieckiem. Jak to jest więc podróżować z takim maleństwem?

Marta: Na pewno nie jest tak łatwo, jak bez dziecka. Trzeba się troszeczkę bardziej przygotować na samą podróż – zarezerwować pierwsze noclegi, bo jednak gdy jeździliśmy sami było bardzo spontanicznie, byliśmy bardzo niezorganizowani, a teraz trochę tej organizacji potrzeba. Sami nie wiedzieliśmy jak to będzie, bo pierwszy raz wybraliśmy się w taką długą podróż we trójkę. To był pierwszy lot Leona i właściwie nie wiedzieliśmy, jak on zareaguje. Jesteśmy z niego bardzo dumni, bo przetrwał to naprawdę super, nie był w żaden sposób marudny i nie było to kłopotliwe. Biorąc pod uwagę fakt, że dziecko jest z nami, nie możemy planować tak dużo. Trzeba się zastanowić, ile miejsc chce się odwiedzić i postanowić, aby troszeczkę dłużej pozostać w jednym miejscu, bo wiadomo – przemieszczanie się to jest to, co najbardziej dziecko męczy. Mimo to, podróżowanie z dzieckiem jest naprawdę przyjemne, uczy zupełnie innego postrzegania świata.

Nitki w drodze: Czego Was nauczyła ta podróż?

Marta: Przede wszystkim cierpliwości, ale też tego, że będąc  dorosłymi, jesteśmy czasami uprzedzeni do pewnych rzeczy, a dziecko bierze świat takim, jakim jest, co było widać np. w sytuacji, jak Leon jadł robaki w Bangkoku. Sami nigdy byśmy się na to nie zdecydowali, a dla Leona nie było to nawet obrzydliwe. Po prostu był przekonany, że je frytki i podchodził do tego bardzo swobodnie. Podróżowanie z dzieckiem uczy także tego, że cieszą małe rzeczy. Nie jest ważne, by zobaczyć jak najwięcej zabytków w danym kraju, ale ważne jest, by czerpać z tego czasu spędzonego wspólnie każdą chwilę. Chwile spędzone na plaży, zbieranie muszelek, budowanie zamków z piasku. To jest wielka frajda!

DSC06904

Nitki w drodze: Powiedziałaś, że Leon jadł robaki. Mnie to nie dziwi, bo widziałam, jak mu smakowały, ale Czytelników pewnie tak 🙂 Nie miałaś obaw przed zmianą jedzenia, nawyków żywieniowych Leona?

Marta: Obawy były wielkie, bo Leon jest dzieckiem, które je stosunkowo mało, ale z drugiej strony je praktycznie wszystko. Obawialiśmy się sytuacji, gdy zje coś nieświeżego. Staraliśmy się więc zachować podstawową higienę przed posiłkami, czyli dezynfekcję rąk i sami ocenialiśmy, czy coś jest świeże, czy też nie. Poza tym, podczas tegorocznej podróży do Tajlandii, Leon był jeszcze dzieckiem karmionym piersią. Przed wyjazdem podjęliśmy jednak decyzję, że nie będziemy go odzwyczajać, ponieważ  z doświadczenia wiemy, że w momencie, kiedy pojawiły się u niego problemy żołądkowe, to mleko matki było jedynym pokarmem, które chciał przyjąć. W Tajlandii, o dziwo, Leoś zaczął jeść więcej i miał większy apetyt. Staraliśmy się uważać na to, co jadł,  by nie było bardzo ostre. Mimo to, próbował praktycznie wszystkiego. Na szczęście nic mu nie zaszkodziło i wydawał się szczęśliwym, najedzonym dzieckiem.

Nitki w drodze: A co z innymi obawami? Odnośnie bezpieczeństwa w podróży? Przemieszczania się?

Marta: Główną obawą był lot samolotem. Wiele razy podróżowaliśmy z dzieckiem samochodem i wiedzieliśmy, że potrafi zająć się sobą przez 2 godziny, ale później trzeba go zabawiać. Na szczęście byliśmy większą grupą, więc to obciążenie spadało na więcej osób 🙂 Inne obawy, to inny klimat, pytania, czy zęby nie będą mu wychodziły, czy nie dostanie gorączki, czyli te związane ze zdrowiem. Musieliśmy się więc przygotować w większym zakresie „lekowym”. Jeśli chodzi o dodatkowe szczepienia, to po konsultacji z lekarzem, zdecydowaliśmy, że zaszczepimy go tylko przeciw WZW A, bo pozostałe szczepienia dostawał wg kalendarza szczepień i to było na tę chwilę wystarczające. Obaw przed malarią raczej nie mieliśmy, bowiem Tajlandia, mimo że jest krajem egzotycznym, to nie jest krajem mocno niebezpiecznym. Trzeba było zachować pewne środki ostrożności. Dziecko musiało być posmarowane środkiem przeciw komarom, moskitiera także była wskazana.

Nitki w drodze: Czy braliście dodatkowy bagaż dla dziecka? Słoiczki z jedzeniem, pampersy?

Marta: Leon nie je jedzenia ze słoiczków, więc zdani byliśmy na tajskie jedzenie. Pampersy owszem, mieliśmy ze sobą, podobnie jak chusteczki nawilżające. W Tajlandii pieluchy są drogie. Co prawda w sieci 7-eleven można je dostać, ale to nie są pampersy, więc jeżeli dziecko może alergicznie reagować na inne pieluchy, to warto zabrać ze sobą te odpowiednie. Zabrałam też więcej ubrań, żeby ich nie prać, do tego kilka niewielkich zabawek.

Nitki w drodze: Inne gadżety polecane w podróży?

Marta: Zdecydowanie iPad! W samolocie i pociągu niezastąpiony. Ponadto, różnego rodzaju książeczki i postaci z Lego. Sprawdził się też wózek, który typowym wózkiem nie jest, bo z takim dawno się już rozstaliśmy. Linie lotnicze dopuszczają zabrać ze sobą wózek dla dziecka, dlatego wybraliśmy jakąś alternatywę.  Na początku chcieliśmy zabrać chustę lub nosidełko, bo do tego Leon był przyzwyczajony, ale noszenie dziecka na dłuższą metę nie byłoby dobrym pomysłem. Znaleźliśmy bardzo fajny wózek – Ulfbo. Dosyć ciężki, ale pakowny i bardzo przydatny, bo zamiast Leona często woziliśmy na nim nasze bagaże, albo i siebie nawzajem:)

DSC06146

DSC06714

Nitki w drodze: Jak z Waszym czasem w podróży? Wcześniej w dwie osoby, teraz całą rodziną? Czym się różni takie podróżowanie we dwoje od podróżowania z dzieckiem?

Marta: Tak, jak powiedziałam na początku, potrzebna nam była teraz większa organizacja. Musieliśmy też z niektórych rzeczy zrezygnować, np. z całodniowego snorkellingu, czy też trekkingu po dżungli, a przestawić się na dłuższy odpoczynek i relaks np. na plaży, bo tam Leon był w swoim żywiole. Jeśli chcieliśmy mieć trochę czasu tylko dla siebie, to mieliśmy Was i przede wszystkim Babcię i Dziadka, którzy z przyjemnością opiekowali się wnukiem.

DSC07324

Nitki w drodze: To jeszcze ostatnie pytanie. Należy się bać dalekich podróży z dzieckiem? Lotów? Innych krajów? Czy może wręcz odwrotnie?

Marta: Na pewno nie należy się bać. Trzeba spróbować. Każde dziecko jest inne, inaczej będzie się zachowywało, inaczej zareaguje na nowy kraj i otoczenie. Nasze pierwsze doświadczenie jest pozytywne, więc śmiało będziemy namawiać do takiej formy podróżowania.

Nitki w drodze: W takim razie życzymy Wam więcej wojaży, a wszystkim Czytelnikom takiej odwagi, jaką Wy macie 🙂

 

Reklamy

PO CZTERDZIESTE PIERWSZE – okolice Hoi An

Do Hoi An dotarliśmy zatrzymując się po drodze w Da Nang. Z Hoi An wyjeżdżaliśmy mijając i zwiedzając My Son.

Największą atrakcją Da Nang są Góry Marmurowe i China Beach – urokliwa plaża z kompleksem resortów, jakich w Polsce jeszcze długo mieć nie będziemy. Niedaleko tej plaży zobaczyć można pięć wyrastających gór. Wg legendy są to jaja jakiegoś ogromnego smoka. Weszliśmy na jedną z nich, przechodząc przez groty, jaskinie i wybudowane świątynie, z wierzchołka której roztacza się widok na morze, okolicę i pozostałe „smocze jaja”.

DSC01072

DSC01074

China Beach

DSC01144Uliczne pracownie ulokowane tuż przy Górach Marmurowych

Możliwy wjazd windą

DSC01133Punkt widokowy

Z kolei My Son, wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO, to właściwie ruiny dawnych świątyń państwa Czamów. Ten dawny ośrodek religijny funkcjonujący między IV a XIII wiekiem, jest obecnie zniszczonym i zrujnowanym obszarem pełnym ceglanych murów, płaskorzeźb oraz min z czasów wojny. Ważne jest więc, by się nie oddalać od wytyczonych tras.

 

PO CZTERDZIESTE – magiczne Hoi An

Hoi An, to miasteczko w centralnym Wietnamie słynące z krawców i szewców, gdzie rano zdejmują miarę, a wieczorem ubierasz swoje nowe wdzianka 🙂  Jeśli zakupy, to tylko w Hoi An! To miejsce swym urokiem przypominające jakieś małe włoskie miasteczko. Magiczne, niepowtarzalne, trochę jakby śródziemnomorskie, ale z azjatyckim akcentem. Spędziliśmy tu kilka dni, bo nie potrafiliśmy opuścić tego miejsca. Mimo że jest tak licznie oblegane przez turystów, że na każdym kroku są sklepy z pamiątkami, rękodziełem, ubraniami, butami, wszystkim, czego tylko sobie zapragniemy, to jest tu też część z bazarami, lokalnymi targowiskami i po zmroku opustoszałymi uliczkami w głębi miasta. Nie przeszkadzało nam, że co krok widzimy białe twarze, a przecież jesteśmy w gościnie u Azjatów. Zakochaliśmy się w tym mieście od pierwszego wejrzenia! W małych restauracyjkach, życzliwych ludziach, w leniwych i przemiłych wieczorach, w kolorowych drinkach, w wietnamskim winie.. Trochę czujemy się jak na Ha Long i myślimy sobie „chwilo trwaj”..

DSC01154

Z Hoi An wyjeżdżamy szczęśliwi, pełni romantyzmu, z plecakami wypchanymi uszytymi płaszczami, marynarkami, pamiątkami i pięknym pierścionkiem na palcu! Tak, tak.. to tu się zaczęła podróż Nitek w drodze 🙂

DSC01153

DSC01360 Kokony jedwabnika wykorzystywane do produkcji jedwabiu

DSC01357

DSC01422 Japoński most z XV w. dzielący dzielnice japońskie i chińskie

DSC01420

DSC01391

DSC01376

DSC01214

Poza naszymi zdjęciami, w poście umieszczono zdjęcia naszych współtowarzyszy podróży – Marty i Pawła.

PO DWUDZIESTE SZÓSTE – deszczowe Hue

Do Hue w 100 % się nie przekonaliśmy. Nie to, że nieładne, że brzydkie.. Pierwsze wrażenie, to ilość skuterów. To pierwsze wielkie miasto na naszej drodze (ok. 300 tys. mieszkańców). I pierwsze miasto, w którym na skrzyżowaniu ludzie podporządkowywali się sygnalizacji świetlnej. Znów dziwnie było nam się przestawić, bo już zdążyliśmy nauczyć się zasad, że jechać można i na czerwonym, żółtym (albo pomarańczowym 🙂 ) i zielonym. A tu proszę – czerwone i wszyscy stoją. Żałuję teraz, że praktycznie nie robiliśmy zdjęć ruchu ulicznego..

image

Hue to Miasto Cesarskie z cytadelą i Pałacem Cesarskim, to liczne pagody i grobowce otaczające miasto. Wszystko pięknie, tylko ta pogoda.. Dzień poświęcony na zwiedzanie Miasta Cesarskiego do jeden wielki deszcz. Co ja mówię – ulewa! Tak więc nie chciało nam się nic. Chowaliśmy się pod dachami Pałacu Cesarskiego, a nasi Przyjaciele bawili się w deszczu w najlepsze 🙂

1.10image

1.7image

1.4image

1.6image

1.3image

1.5image

1.8image

To w Hue leniwie krzątaliśmy się między uliczkami znajdując co i rusz nową knajpkę, to tu udaliśmy się na manicure, a nasza męska część do fryzjera (uwaga na baczki!) i tu, w okolicach Hue, odnaleźliśmy jedną z najpiękniejszych świątyń..

DSC00880

image

image

image

image

PO DWUDZIESTE PIĄTE – wioski na wodzie

Możliwe jest mieszkać na wodzie? Nie na statku, a w domu? Gdyby ktoś zadał mi to pytanie jakieś 2-3 lata temu, powiedziałabym, że nie. Podróż do Wietnamu otworzyła nam oczy na inne życie. Na możliwe inne życie. Nie przypuszczałabym, że gdzieś pośród wód zatoki jest wioska – są domy, jest szkoła, świątynia, farma, której pilnują psy.

DSC00338

DSC00322 Psy pilnujące interesu

DSC00315 Statki transportujące wodę pitną do wioski

DSC00308

DSC00305

Drugi dzień, który spędziliśmy na Ha Long rozpoczął się intensywnie. Jako jedyni z naszej grupy, mieliśmy wykupioną wycieczkę trzydniową, a nie dwudniową. Dla nas okazało się to o tyle lepsze, że drugi dzień spędziliśmy w gronie naszej czwórki na zupełnie nowym statku, z czteroosobową obsługą. Przesiedliśmy się więc na drugi statek i płyniemy 1,5 godziny w głąb zatoki. Wietnamczycy pokazują nam, że mamy się przesiąść na kajaki. Nasi przyjaciele wsiadają, ale śmiejemy się, że pewnie nie mają wioseł. Chwila poruszenia, nasza obsługa biega po statku i co? Okazuje się, że wioseł nie ma 😀 Wracamy z powrotem i od pierwszego płynącego statku je pożyczamy. Płyniemy dalej i w końcu możemy rozsmakować się w fantastycznych widokach. Niewielkie fale kołyszą naszym kajakiem, podpływamy pod skały, wpływamy w jaskinie. W końcu nasz przewodnik kieruje nas do wioski rybackiej. To tak naprawdę mała wioseczka z kilkunastoma domami, gdzie życie toczy się niby normalnie, ale jednak inaczej.  Jest prąd, internet (!), sklepy na łodziach. Podpływamy bliżej, z domów wybiegają miejscowe dzieci i pokazując na budynek krzyczą „school, school!”. Postanawiamy wysiąść na chwilkę i prowadzeni za ręce idziemy do szkoły. Od naszego przewodnika dowiadujemy się, że nauczycielami są tu wolontariusze, którzy przypływają do wioski od poniedziałku do piątku, a weekendy spędzają na lądzie.

DSC00333

DSC00306

DSC00302

DSC00296

DSC00293

Płyniemy dalej po wiosce, następnie znów pośród skał. Próbujemy zapamiętać widoki, nie chcemy by cokolwiek nam umknęło. Robimy przerwę na obiad. Świeże krewetki, kalmary, sajgonki.. Czego chcieć więcej? Chłopacy skaczą ze statku, pływamy. Jest błogo, udzieliło nam się przyjemne zmęczenie.. Wsiadamy raz jeszcze w kajaki i  czujemy Ha Long. Ten zapach, widok, atmosferę..

DSC00369

DSC00382

DSC00427

DSC00360

Niech tak zostanie, bo dzień dobiega końca..

DSC00488

PO DWUDZIESTE CZWARTE – Zatoka Ha Long Bay

Nie mogę znaleźć informacji na ten temat, ale wydaje mi się, że kilka lat temu było głosowanie na 8 cud świata i wygrała Zatoka Ha Long Bay. A może się mylę i to tylko dla mnie 8 cud świata? W każdym razie zakochałam się! Z wód zatoki, wpisanej w 1994 roku na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO, wyrasta ok. 2 tysięcy wysp. Legenda głosi, że  z nieba przyleciał smok, który ogonem „rozkopał” okolicę, by utrudnić najeźdźcom opanowanie tego miejsca, po czym sam zanurzył się w morzu. Chyba coś w tym musi być, bo wszystkie statki mają jakiś smoczy akcent. Wcześniej wszystkie brązowe, a obecnie pomalowane na biało.

image

image

image

image

Na Ha Long spędziliśmy 3 dni. To były nasze pierwsze dni w Wietnamie, dlatego przed drogą skuterami mieliśmy odrobinę luksusu podczas zorganizowanej wycieczki. Zresztą o niezorganizowaną tu trudno – wręcz jest to niemożliwe. Zapytacie co można robić przez 3 dni na statku? Patrzeć na te same wapienne skałki wystające z wody? A jednak nie!

  • pierwszy dzień to kajaki i jaskinie
  • drugi – kajaki i wioski na wodzie
  • trzeci – punkt widokowy i lekcja gotowania

image

image

image

Połączmy dzień pierwszy i trzeci, bo drugi zasługuje na oddzielny wpis. W miasteczku Ha Long wsiadamy na mały stateczek. Prócz nas – dwie Australijki, grupa Hiszpanów i rodzina Amerykanów. Przetransportowanie nas do właściwego statku, szybkie rozpakowanie i w drogę. Na początek kajaki pośród kilku skał i niesamowita jaskinia, a później czas wolny. Zachód słońca na zatoce, karty, piwo.. czego chcieć więcej.

image

image

Trzeci dzień to dla mnie zdrowotna udręka. Choroba morska się odezwała, więc z wietnamskiego  śniadanka pozostał mi jedynie zapach.  Czas się jednak zebrać i ruszyć na małą plażę, skąd trzeba wejść po schodach do punktu widokowego na zatokę Ha Long Bay. Niesamowity krajobraz, uwierzcie! A czy już Wam mówiłam, że Wietnam jest dla mnie dotychczas najpiękniejszym krajem?? Nie? To już wiecie! Jeszcze nie raz nas zaskoczył, o czym się wkrótce  przekonacie.

image

Wietnam zaskoczyć też potrafi kulinarnie. To tutaj, na Ha Long uczyliśmy się tworzyć sajgonki. Kurs gotowania na statku – strzał w dziesiątkę! Do teraz korzystamy z wietnamskiego przepisu,  serwując naszym gościom sajgonki. Postaram się niedługo wstawić przepis, może i Wy zakochacie się w smaku Azji 🙂

image

Tymczasem jeszcze kilka zdjęć Ha Long..

image

image

image

Informacje praktyczne:

– trzydniowy rejs statkiem włącznie z całodniowym wyżywieniem i innymi atrakcjami wyniósł nas ok.200$/os. Drogo, ale było warto. Wycieczkę mieliśmy poleconą i załatwioną przez pewnego Niemca, który organizował nam także skutery, ale w Hanoi w każdej agencji turystycznej, można zorganizować taką wyprawę.

PO DWUDZIESTE DRUGIE – skuterem w Wietnamie! Możliwe??

O Wietnamie nigdy nie marzyliśmy. Marzyliśmy o czymś egzotycznym, ale żeby aż tak? I to na pierwszą daleką podróż? Było i brzmiało nietypowo, zbyt tropikalnie. Ale do czasu..

Do tej pory Wietnam kojarzył nam się jedynie z wojną z Amerykanami, Vietcongiem, o którym słyszeliśmy na lekcjach historii, a teraz był jak najbardziej osiągalny. Właściwie to nie było odwrotu. Zaczęliśmy planować. Jechaliśmy z naszymi Przyjaciółmi, którzy rok wcześniej wrócili z podróży po Indiach i którzy byli naszymi „motywatorami”. Przeglądaliśmy fora podróżnicze, czytaliśmy przewodniki, oglądaliśmy filmy, gdzie był choć jeden wątek z Wietnamu. Chcieliśmy poznać ich kulturę już wcześniej, troszkę nią przesiąknąć, ale się nie dało. Co więc zrobić? Jak to osiągnąć? Proste – zacząć żyć jak oni!! Wsiąść na dwa kółka i w drogę! Nie pamiętam kto wpadł na ten szalony pomysł, ale po obejrzeniu kilku filmików jak pokonuje się wietnamskie drogi, pozostało nam jedynie śmiać się , a nie płakać 🙂

DSC01029

DSC01531

DSC00715

Poduchy pod pupy

Przejechanie Wietnamu z północy na południe zajęło nam ok. 23 dni. Na skuterach przejechaliśmy 2200 km. z Hanoi do Sajgonu (obecne Ho Chi Minh) i dalej do Can Tho. W międzyczasie trasę Kon Tum – Da Lat pokonaliśmy autobusem ze skuterami w bagażniku (w Wietnamie wszystko jest do zrobienia).  Z Hanoi jechaliśmy główną trasą A1, później zjeżdżając na „starą” drogę Ho Chi Minha. Zatrzymywaliśmy się gdzie chcieliśmy i kiedy chcieliśmy. Padało codziennie, ale nie całe dnie. Czasami budziliśmy się po 5, aby zdążyć przed zachodem słońca i aby znaleźć nocleg za dnia. Ale przecież to na motorze, w miejscach gdzie robiliśmy postoje, poznawaliśmy prawdziwe oblicze Wietnamu. Nie te z wielkich miast, gdzie można zapomnieć, że jest się w Azji, nie te przygotowane dla turystów. Ale TE autentyczne. Poznaliśmy ludzi, którzy dzielili się z nami swoim skromnym, a raczej ubogim obiadem, gdy chowaliśmy się w ich domu przed deszczem. Ludzi, którzy jak nas widzieli na motorach trąbili w niebogłosy (a uwierzcie – przydałyby nam się wtedy zatyczki 🙂 Ludzi, którzy mieli nas gdzieś, jak przez nich leżeliśmy na środku drogi. Ludzi, będących najlepszymi kucharzami i bogatymi handlarzami (kiedy robili z nami interesy). I przede wszystkim, poznaliśmy ludzi niezwykle pracowitych, nadzwyczaj rodzinnych, życzliwych i miłych.

Wypadki też były

Uczestniczka ruchu

DSC00865

DSC01038

Czy było warto? Czy to możliwe? Absolutnie tak!! To największa przygoda naszego życia. Dyscyplina na urlopie, dla nas odwaga, niezależność od innych środków transportu, poznanie całkowicie odmiennej kultury i najlepsza przydrożna kuchnia z zupką pho na czele!

DSC01754

Informacje praktyczne (dane z X 2011 roku):

–  zakup trzyletniego skutera (Honda Wave 125 cm³) to koszt ok. 800 USD

– spalanie 1,5 l./100 km.(przy dwóch pasażerach i dwóch plecakach)

– benzyna 92-oktanowa: koszt ok. 3,00 zł/l.

– w ciągu godziny przejechać można 30 km 🙂 dziennie robiliśmy ok. 150 km

– narzędzia do naprawy motoru nie są potrzebne – na każdym rogu znajdzie się jakiś mechanik (my ze swoich ani razu nie skorzystaliśmy)