PO CZTERDZIESTE SIÓDME – czyli o tym, jak podróżować z dzieckiem. Rozmowa z pewną podróżującą Mamą..

Czy tak jak my, jesteście już po urlopach? A może planujecie? Pewnie większość z Was zaplanowane dni wolne ma dopiero przed sobą.. Jedziecie sami, z przyjaciółmi, z rodziną, z dziećmi? No właśnie.. z dziećmi. Często słyszę, że kiedy pojawia się na świecie takie małe Cudo, to wszystko się zmienia. Przychodzą obowiązki, nowe role i strach. Strach przed podróżą poza polskie morze i wakacjami u jednych albo u drugich dziadków. Ale chwila.. czy tak musi być?? Nie wiem, jak bardzo się zmienię, jak bardzo mój światopogląd się zmieni, ale kiedyś, gdy już będę matką, gdy zostaniemy rodzicami, to chcemy tak, jak Oni – Marta i Paweł, nasi przyjaciele.

Poznajcie więc Martę, żeńską część naszego wyjazdowego składu i przede wszystkim mamę Leona. Najpierw była zszokowana Indiami, rok później, gdy była w piątym miesiącu ciąży, przejechała z nami na motorze cały Wietnam. Z półrocznym Leonem zwiedzała uroki północnej Chorwacji, a teraz, z niespełna dwulatkiem spędziła miesiąc w Tajlandii.

DSC05723

Jeśli się więc zastanawiacie, czy jechać z dzieckiem/ dziećmi w podróż do innego kraju, na inny kontynent, zapraszam. Materiał idealny dla Was! 🙂

Nitki w drodze: Byłaś w piątym miesiącu ciąży, gdy wybraliście się w miesięczną podróż do Wietnamu i to jeszcze motorem. W tym roku była Tajlandia, już z dzieckiem. Jak to jest więc podróżować z takim maleństwem?

Marta: Na pewno nie jest tak łatwo, jak bez dziecka. Trzeba się troszeczkę bardziej przygotować na samą podróż – zarezerwować pierwsze noclegi, bo jednak gdy jeździliśmy sami było bardzo spontanicznie, byliśmy bardzo niezorganizowani, a teraz trochę tej organizacji potrzeba. Sami nie wiedzieliśmy jak to będzie, bo pierwszy raz wybraliśmy się w taką długą podróż we trójkę. To był pierwszy lot Leona i właściwie nie wiedzieliśmy, jak on zareaguje. Jesteśmy z niego bardzo dumni, bo przetrwał to naprawdę super, nie był w żaden sposób marudny i nie było to kłopotliwe. Biorąc pod uwagę fakt, że dziecko jest z nami, nie możemy planować tak dużo. Trzeba się zastanowić, ile miejsc chce się odwiedzić i postanowić, aby troszeczkę dłużej pozostać w jednym miejscu, bo wiadomo – przemieszczanie się to jest to, co najbardziej dziecko męczy. Mimo to, podróżowanie z dzieckiem jest naprawdę przyjemne, uczy zupełnie innego postrzegania świata.

Nitki w drodze: Czego Was nauczyła ta podróż?

Marta: Przede wszystkim cierpliwości, ale też tego, że będąc  dorosłymi, jesteśmy czasami uprzedzeni do pewnych rzeczy, a dziecko bierze świat takim, jakim jest, co było widać np. w sytuacji, jak Leon jadł robaki w Bangkoku. Sami nigdy byśmy się na to nie zdecydowali, a dla Leona nie było to nawet obrzydliwe. Po prostu był przekonany, że je frytki i podchodził do tego bardzo swobodnie. Podróżowanie z dzieckiem uczy także tego, że cieszą małe rzeczy. Nie jest ważne, by zobaczyć jak najwięcej zabytków w danym kraju, ale ważne jest, by czerpać z tego czasu spędzonego wspólnie każdą chwilę. Chwile spędzone na plaży, zbieranie muszelek, budowanie zamków z piasku. To jest wielka frajda!

DSC06904

Nitki w drodze: Powiedziałaś, że Leon jadł robaki. Mnie to nie dziwi, bo widziałam, jak mu smakowały, ale Czytelników pewnie tak 🙂 Nie miałaś obaw przed zmianą jedzenia, nawyków żywieniowych Leona?

Marta: Obawy były wielkie, bo Leon jest dzieckiem, które je stosunkowo mało, ale z drugiej strony je praktycznie wszystko. Obawialiśmy się sytuacji, gdy zje coś nieświeżego. Staraliśmy się więc zachować podstawową higienę przed posiłkami, czyli dezynfekcję rąk i sami ocenialiśmy, czy coś jest świeże, czy też nie. Poza tym, podczas tegorocznej podróży do Tajlandii, Leon był jeszcze dzieckiem karmionym piersią. Przed wyjazdem podjęliśmy jednak decyzję, że nie będziemy go odzwyczajać, ponieważ  z doświadczenia wiemy, że w momencie, kiedy pojawiły się u niego problemy żołądkowe, to mleko matki było jedynym pokarmem, które chciał przyjąć. W Tajlandii, o dziwo, Leoś zaczął jeść więcej i miał większy apetyt. Staraliśmy się uważać na to, co jadł,  by nie było bardzo ostre. Mimo to, próbował praktycznie wszystkiego. Na szczęście nic mu nie zaszkodziło i wydawał się szczęśliwym, najedzonym dzieckiem.

Nitki w drodze: A co z innymi obawami? Odnośnie bezpieczeństwa w podróży? Przemieszczania się?

Marta: Główną obawą był lot samolotem. Wiele razy podróżowaliśmy z dzieckiem samochodem i wiedzieliśmy, że potrafi zająć się sobą przez 2 godziny, ale później trzeba go zabawiać. Na szczęście byliśmy większą grupą, więc to obciążenie spadało na więcej osób 🙂 Inne obawy, to inny klimat, pytania, czy zęby nie będą mu wychodziły, czy nie dostanie gorączki, czyli te związane ze zdrowiem. Musieliśmy się więc przygotować w większym zakresie „lekowym”. Jeśli chodzi o dodatkowe szczepienia, to po konsultacji z lekarzem, zdecydowaliśmy, że zaszczepimy go tylko przeciw WZW A, bo pozostałe szczepienia dostawał wg kalendarza szczepień i to było na tę chwilę wystarczające. Obaw przed malarią raczej nie mieliśmy, bowiem Tajlandia, mimo że jest krajem egzotycznym, to nie jest krajem mocno niebezpiecznym. Trzeba było zachować pewne środki ostrożności. Dziecko musiało być posmarowane środkiem przeciw komarom, moskitiera także była wskazana.

Nitki w drodze: Czy braliście dodatkowy bagaż dla dziecka? Słoiczki z jedzeniem, pampersy?

Marta: Leon nie je jedzenia ze słoiczków, więc zdani byliśmy na tajskie jedzenie. Pampersy owszem, mieliśmy ze sobą, podobnie jak chusteczki nawilżające. W Tajlandii pieluchy są drogie. Co prawda w sieci 7-eleven można je dostać, ale to nie są pampersy, więc jeżeli dziecko może alergicznie reagować na inne pieluchy, to warto zabrać ze sobą te odpowiednie. Zabrałam też więcej ubrań, żeby ich nie prać, do tego kilka niewielkich zabawek.

Nitki w drodze: Inne gadżety polecane w podróży?

Marta: Zdecydowanie iPad! W samolocie i pociągu niezastąpiony. Ponadto, różnego rodzaju książeczki i postaci z Lego. Sprawdził się też wózek, który typowym wózkiem nie jest, bo z takim dawno się już rozstaliśmy. Linie lotnicze dopuszczają zabrać ze sobą wózek dla dziecka, dlatego wybraliśmy jakąś alternatywę.  Na początku chcieliśmy zabrać chustę lub nosidełko, bo do tego Leon był przyzwyczajony, ale noszenie dziecka na dłuższą metę nie byłoby dobrym pomysłem. Znaleźliśmy bardzo fajny wózek – Ulfbo. Dosyć ciężki, ale pakowny i bardzo przydatny, bo zamiast Leona często woziliśmy na nim nasze bagaże, albo i siebie nawzajem:)

DSC06146

DSC06714

Nitki w drodze: Jak z Waszym czasem w podróży? Wcześniej w dwie osoby, teraz całą rodziną? Czym się różni takie podróżowanie we dwoje od podróżowania z dzieckiem?

Marta: Tak, jak powiedziałam na początku, potrzebna nam była teraz większa organizacja. Musieliśmy też z niektórych rzeczy zrezygnować, np. z całodniowego snorkellingu, czy też trekkingu po dżungli, a przestawić się na dłuższy odpoczynek i relaks np. na plaży, bo tam Leon był w swoim żywiole. Jeśli chcieliśmy mieć trochę czasu tylko dla siebie, to mieliśmy Was i przede wszystkim Babcię i Dziadka, którzy z przyjemnością opiekowali się wnukiem.

DSC07324

Nitki w drodze: To jeszcze ostatnie pytanie. Należy się bać dalekich podróży z dzieckiem? Lotów? Innych krajów? Czy może wręcz odwrotnie?

Marta: Na pewno nie należy się bać. Trzeba spróbować. Każde dziecko jest inne, inaczej będzie się zachowywało, inaczej zareaguje na nowy kraj i otoczenie. Nasze pierwsze doświadczenie jest pozytywne, więc śmiało będziemy namawiać do takiej formy podróżowania.

Nitki w drodze: W takim razie życzymy Wam więcej wojaży, a wszystkim Czytelnikom takiej odwagi, jaką Wy macie 🙂

 

PO DWUDZIESTE PIERWSZE – najlepsze kasztany są na..

W Paryżu najlepsze kasztany są na placu Pigalle – chyba każdy zna to hasło ze „Stawki większej niż życie”. Nie mogło i nas tam nie być! Więc co? Kierunek Plac Pigalle – najpierw w poszukiwaniu słynnych kasztanów, później  Czerwonego Młynu, czyli nic innego jak Moulin Rouge, a później by odnalezć ładnie brzmiące francuskie Musée de l’érotisme (Muzeum Erotyzmu).

Muzeum znajduje się w jednej z kamienic i zajmuje kilka pięter. Znaleźć możemy tu rzeźby, figurki, dziwne eksponaty, zdjęcia, plakaty. Są fotele i sale, gdzie można obejrzeć filmy erotyczne z początków kina. Ukazana tu sztuka erotyczna nie wie, co to temat  tabu, więc nie jest to miejsce dla rodzin z dziećmi. Oglądając, można być  albo zażenowanym i zniesmaczonym albo rozbawionym do łez. My dobrze się bawiłyśmy, ale  z drugiej strony przykry jest fakt, że ukazana tu sztuka (tak, chyba można to nazwać sztuką) sprowadza nasze życie tylko do sexu..

Dla mnie Plac Pigalle to epicentrum sex-shopów, klubów ze striptizem i innych podobnych atrakcji. Nie wiem jak jest po zmroku, bo trochę bałyśmy się tam udać w świetle czerwonych latarni, tym bardziej, że za dnia słyszałyśmy ciągłe głosy „hello girls!”, „sisters, sisters” (a przecież jakie z nas siostry) 🙂 Warto jednak pamiętać, że jest to też miejsce, od którego rozpoczyna się wspaniałe Montmartre…

Informacje praktyczne:

– godziny otwarcia: 10.00-2.00

– wstęp do muzeum 10€/os. , ale jeśli kupimy bilet bezpośrednio ze strony muzeum – będzie za 8€

PO DWUDZIESTE – Paris, Paris..

Paryż poznaliśmy osobno – Mąż kilka dobrych lat wcześniej, a Żona w pewien wydłużony, zeszłoroczny, marcowy weekend.

Żona zaczęła od zakupu przewodnika, a raczej dwóch przewodników. Zaopatrzona w mapy, informacje jak dostać się do miejsca noclegu i przede wszytskim doborowe towarzystwo, wsiadła na pokład samolotu, by jak najwięcej zaczerpnąć ze światowej stolicy mody.

Co Żona chciała zobaczyć? Wszystko, co było do zobaczenia przez kilka dni. Atrakcje, zabytki, mosty, muzea. Co Żonę zachwyciło? Wino, croissanty, bagietki i tłumy ludzi wypoczywających na polach marsowych tuż pod wieżą Eiffla. Co Żonę rozczarowało? Brudne i śmierdzące ulice Paryża.. Niestety, ale śmietników tam, jak na lekarstwo..

5 dni w Paryżu spokojnie wystarczy na odwiedzenie najważniejszych miejsc i zabytków. Sezon turystyczny trwa przez cały rok. Byłyśmy w marcu, a i tak nie uniknęłyśmy kolejek do Luwru, czy też wieży Eiffla.

Swoją podróż rozpoczęłyśmy właśnie od największego symbolu Francji – wieży Eiffla. Wysiadłyśmy na stacji Trocadéro i tuż po wyjściu z metra, z tarasu pomiędzy dwoma skrzydłami Palais de Chaillot, ujrzałyśmy ponad 300 metrową wieżę. To tu znajduje się chyba najlepsze miejsce do zrobienia najlepszych zdjęć, aby uchwycić w kadrze wieżę w całości. W okolice wieży wracałyśmy kilkakrotnie – aby wjechać na górę (bilet na trzeci poziom 13,10€), aby poleniuchować na polach marsowych i wieczorem, aby zobaczyć migoczące lampki.

IMG_0810

IMG_0823

Z wieży Eiffla roztacza się widok na niezniszczone na przestrzeni lat budynki Paryża. Piaskowe domy, równy układ ulic, w oddali katedra Sacré-Coeur i bliżej Łuk Triumfalny. To właśnie tu trafiłyśmy chyba na jakieś obchody państwowe, bo okolica łuku była wyłączona. Idąc wzdłuż Pól Elizejskich, następnie spacerujac przez ogrody Tuilerie, dotarłyśmy do największego muzeum na świecie – Luwru (bilety 6-9,50€). Znajdując wieczny uśmiech Mona Lisy i tak naprawdę spacerując bez określonego celu po korytarzach Luwru, stwierdziłyśmy, że żadne z nas znawczynie sztuki, więc czas na katedrę Notre Dame..

Luwr

Łuk Triumfalny

A tam? Chyba każdy z nas pamięta bajkę „Dzwonnik z Notre Dame”? Quasimodo, piękną Esmeraldę i charakterystyczną wielką rozetę okienną? W związku z tym, że jest to jedna z moich ulubionych bajek z dzieciństwa, był to obowiązkowy punkt w zwiedzaniu francuskiej stolicy. Mimo, że w Paryżu byłam pierwszy raz, to można powiedzieć, że katedrę widziałam po raz drugi. Jak to możliwe?? Podczas pobytu w Wietnamie juz  raz podziwiałam katedrę, tyle że wybudowaną z czerwonej cegły. Wiadomo, że Wietnam był kolonią francuską. A że Francuzom zachciało się pięknych zabytków w Sajgonie, to przewieźli cegły i w azjatyckim kraju wybudowali drugą katedrę na wzór tej z Paryża. Różnica? Przede wszystkim liczba turystów. W Paryżu mnóstwo, natomiast w Wietnamie turyści byli bardziej zainteresowani zabytkową pocztą ulokowaną tuż obok niż samą katedrą. Cóż.. każdy znajdzie coś dla siebie.

Wracając do Paryża, to niekwestionowanym zwycięzcą okazało się Musée d’Orsay (9,50€). Niesamowity budynek muzeum, który niegdyś był dworcem, do którego przyjeżdzały i skąd odjeżdżały pociągi, jest obecnie zbiorem ciekawych rzeźb, zdjęć, rękodzieła, modeli architektonicznych oraz prac impresjonistycznych. To właśnie sztuka impresjonistów, już trochę bliższa naszym czasom okazała się wypełnieniem kilku naszych godzin.

Znad brzegu Sekwany przeniosłyśmy się na artystyczne wzgórze – Montmartre. Na szczycie wzgórza wznosi się katedra Sacré-Coeur, do której wiodą setki schodów oraz z drugiej strony strome uliczki pełne kawiarni, małych, klimatycznych restauracyjek. Jeśli mielibyście więcej czasu warto udać się do winnicy usytuowanej tuż za Sacré-Coeur albo po prostu przejść się między uliczkami, chłonąc atmosferę i unoszący się zapach świeżo mielonej kawy i ciepłych croissantów.

Sacré-Coeur

Na koniec zostawiłyśmy sobie nowoczesną i biznesową dzielnicę La Défense oraz Grande Arche – łuk, będący współczesną odpowiedzią na  Łuk Triumfalny. Ciekawy? Kwestia gustu. Dla mnie trochę niepasujący do całego obrazu Paryża, ale kilka dobrych lat wcześniej wywarł on niesamowite wrażenie na mojej drugiej Połówce 🙂

Informacje praktyczne:

– lot na trasie Poznań Ławica – Paris Beauvais wyniósł nas ok. 300 zł/os. w dwie strony; warto sprawdzać, bo bilety można znaleźć w jeszcze niższych cenach;

– po wyjściu z lotniska podstawione są autobusy do centrum Paryża (Porte Maillot – ok. 1,5 h) – bilety do nabycia w maleńkiej budce tuż obok; w 2012 – 15 €/os (na jakimś forum natknęłam się na informację, że obecnie to 16€);

– w Paryżu zatrzymałam się u pewnej Polki oferującej pokoje do wynajęcia. W internecie jest masa podobnych ogłoszeń, więc niekoniecznie trzeba zatrzymać się w którymś z drogich hoteli (cena ok. 30 €/doba);

– transport publiczny jest bardzo dobrze rozwinięty (metro, autobusy, kolej miejska RER). W pierwszym punkcie informacyjnym dostałyśmy mapę, z której korzystałyśmy przez cały pobyt i wierzcie mi – tam nie można się zgubić! Zaopatrzyłyśmy się też w 3-dniowy karnet „Paris Visite” (z tego co pamiętam wyniósł on ok. 22 €) oraz kilka pojedynczych biletów;

– można też poruszać się Batobusem, czyli niewielkim statkiem wycieczkowym pływającym po Sekwanie. Nie pamiętam dokładnej ceny, ale była dość wysoka, dlatego ominęłyśmy ten punkt.